Hej Dziewczyny!
Tym razem u mnie znowu ciucholandowo, dzisiaj zwiewnie i letnio.
W przewadze (ha, ha, to tak a propos wagi) bluzki-tuniki, ale trafiły mi się też; bluzeczka w typie bardziej uliganckim i spódnica, którą już kocham.
Cenami nie będę Was drażniła, więcej to zawsze kosztuje czasu niż pieniędzy, ale mój łowiecki instynkt znowu jest zaspokojony. Na chwilę!
Ocean Club, bawełna z delikatnymi prążkami srebrnej nici, przy dekolcie ładny haft angielski na muślinie
Też 100% bawełny, tym razem Papaya
Ta szara to Next, świetna bo długa prawie do kolan, dobrze gra z legginsami i rurkami
Spódnica - tiul totalny, do kolan, też Papaya, nawet z tą bluzką dobrze się komponuje
Grochy, już mi się one trochę marzyły, a tu taki traf, nie za duże, nie za małe i na szczęście nie za gęsto, New Look. I ten kołnierzyk baby, słodko.
To na tyle szmateczkowych klimatów.
eby pozostać w temacie, dzisiaj w mojej Bardzo Kobiecej Galerii ponownie ilustratorka, projektantka i stylistka, pochodząca z Adelajdy w Australii, Elisa Mazzone. Zapraszam, popatrzcie na jej modowe grafiki.
Pozdrawiam
słonecznego weekendu
Margaretka
Hej Dziewczyny!
To będzie recenzja kremu, o którym mogę pisać tylko w samych superlatywach, choćbym chciała wynaleźć jakieś minusy, jestem bezradna, nie ma takowych.
Ale zaraz, zaraz, do jednego szczegółu mogę się przyczepić.
Nie wiem co miał na myśli producent zaznaczając w nazwie lekkość kremu rokitnikowego.
Uważam, że jest ona myląca i sprawiająca, że sporo potencjalnych klientek szukających dobrego, bogatego w składniki i intensywnie odmładzającego skórę kremu, właśnie ze względu na nazwę ominie go w swoich poszukiwaniach.
A jest to błąd ogromny.
Kiedy dostałam od
ten krem do testowania, nastawiona byłam na takiego łagodnego delikatnisia, który owszem, dopieści moją skórę twarzy, coś tam pewnie i wygładzi, ale żadnych cudów nie mogę się tu spodziewać, wszak nazwa lekki to właśnie sugeruje.
Tymczasem okazało się, że to prawdziwy mistrzu, krem doskonale bogato skomponowany, to taka drogocenna perła w kremikowym światku.
Muszę go nazwać mocnym, w tym bardzo solidnym, dobrym znaczeniu, bo i składniki (cudny zestaw ziół, poniżej wkleiłam zdjęcie z opisem) i konsystencję, a przede wszystkim działanie ma naprawdę mocarne i bardzo efektywne.
Nawet kolor kremu, zresztą pochodzący z rokitnika (karotenoidy!), a więc skończenie naturalny, jest bogato nasycony, pyszny i nie tylko obiecujący, ale i faktycznie dający mojej skórze znacznie ładniejszy koloryt.
Konsystencja podobna do bardzo gęstej śmietanki, błyszcząca, mile gładziutka, przesympatyczna, ani zbyt mokra ani za tłusta, choć ciut tłuściutka jednak jest.
Krem świetnie się rozciera lub wklepuje w skórę, wchłania się szybko, a na skórze dosyć długo utrzymuje się leciutko tłustawa, choć matowa, ale również mile wilgotna warstewka; wieczorem bardzo lubiany i ceniony przeze mnie delikatny film.
Rano skóra absolutnie się nie świeci, wszystko co miało się wchłonąć, wchłonęło, a skóra jest dobrze napięta, gładziutka, czuję bardzo dobre nawilżenie, a zmarszczki..... Jakie zmarszczki? Czyżby one kiedyś w ogóle tu były?
Jako jeden z niewielu kremów do twarzy, ten świetnie nadaje się też pod oczy, stosuję go w tych miejscach również codziennie wieczorem i biorąc pod uwagę dosyć dużą wrażliwość moich oczu (bywa, że po niektórych kremach następnego dnia oczy mi trochę łzawią), ten mogę Wam polecić bez dwóch zdań, żadnych takich niemiłych skutków ubocznych tu nie ma, a skóra wokół oczu naprawdę jest znacznie ładniejsza, wygładzona i napięta.
Krem rokitnikowy używam tylko wieczorem, myślę, że pomimo, iż mam dosyć suchą skórę, rano ten krem byłby dla mnie za ciężki, tym bardziej, że nakładam jeszcze fluid, z reguły z opcją nawilżania, więc nie chciałabym się jednak świecić.
W temacie zapach, nie ma tu żadnych fajerwerków, tylko delikatne, właściwie prawie w ogóle niewyczuwalne jakieś ziołowe wonie, dla mnie niespecjalnie urokliwe, choć świadomość niewystępujących w kremie wszelkich chemicznych polepszaczy i poprawiaczy brak jakiegoś spektakularnego zapachu wynagradza z nawiązką.

Muszę jeszcze wspomnieć o bardzo przeze mnie lubianym opakowaniu kremu. wygodne, lekkie, pompkowa aplikacja zapewnia maksimum komfortu i higieny, a i bardzo ładna, delikatna szata graficzna sprawia, że wrażenia estetyczne mamy tu też w pełni mile zaspokojone.
Zamiast notki producenta wklejam zdjęcia z opisem, nawiasem mówiąc Sylveco świetnie rozwiązało całą warstwę informacyjną, na pudełeczku mamy wszelkie potrzebna wiadomości.
Składniki aktywne:
Dużym plusem jest również cena, 25 zł za tak doskonały produkt jest rzadkością w kosmetykowym świecie, dlatego nie tylko Wam go Dziewczyny gorąco polecam, ale też namawiam Was, żebyście zwróciły uwagę swoim mamom, że jest takie cudeńko, bo marka co prawda polska, ale jeszcze nie wszystkim znana.
Jeśli tak wyglądają wszystkie kosmetyki Sylveco, to wróżę jej wkrótce sporą popularność, wszak kosmetyki oparte o naturalne, roślinne, a do tego ziołowe składniki cenimy sobie najbardziej.
Dla zainteresowanych podaję link do sklepu internetowego Sylveco gdzie poza tym kremem widziałam sporo innych, równie ciekawych:
Teraz zaglądnijcie proszę do mojej Bardzo Kobiecej Galerii.
Dzisiaj modowe ilustracje australijskiej stylistki i graficzki, Elisy Mazzone, teraz pracującej w Paryżu
Pozdrawiam
Margaretka
Hej Dziewczyny!
W czasie deszczu dzieci się nudzą.
Duże dzieci też, zwłaszcza, że pogoda dzisiaj u mnie właśnie taka około deszczowa.
Myślałam co by tu zrobić pożytecznego, ale tak, żeby zbytnio się nie narobić, no i jest;
renowacja albo jak kto woli reanimacja rozsypanego cienia.
Zabieg udany.
Na wskazówki trafiłam na fanpage'u Glossybox, pomysł prosty i szybki a efekt świetny, jak widać na poniższych zdjęciach.
Wypróbowałam, faktycznie można tak odzyskać rozsypane cienie, róże czy bronzery.
Mój cień nie jest akurat zbyt fotogeniczny, czerń niestety w detalach nie wychodzi na zdjęciach zbyt precyzyjnie, ale zależało mi właśnie na tym osobniku po przejściach, więc poszedł na pierwszy ogień.
Do przywracania zdrowia delikwentowi potrzebujemy:
kilku kropli alkoholu
strzykawki lub rozpylacza, tak by czymś dosyć precyzyjnie dodawać alkohol do cienia
monetę lub kapsel lub coś w tym typie
kawałek materiału w który zawijamy monetę
No i do dzieła
Cień miałam w totalnej rozsypce
Najpierw troszkę pokruszyłam większe kawałki cienia
Do strzykawki nalałam odrobinę alkoholu i porcjami dodawałam tak by nie przelać a tylko dobrze rozmoczyć cień
Dobrze zmoczony alkoholem cień ugniatam teraz takim niby stemplem zrobionym z monety i tkaniny. Dobrze żeby ten przycisk był mniej więcej średnicy naszego cienia.
A tak prezentuje się już po zabiegu, teraz trzeba pozostawić go do wyschnięcia i już.
No i jak? Skorzystacie z tego sposobu?
Pozdrawiam
Margaretka
Hej Dziewczyny!
Co prawda biel na pazurkach lubię mieć dopiero kiedy dłonie mam już porządnie, na czekoladowo potraktowane słoneczkiem, ale tak tęskniłam do tego koloru, że nie mogłam jej sobie odmówić już teraz.
Lakier z Hean, długo się trzyma bez żadnych uszkodzeń, u mnie wytrzymuje 3-4 dni, bez utwardzacza, przy czym dłoni niestety nie oszczędzam (gary, sprzątanie, no wiecie, wszystko to, bez czego kobita mogłaby żyć, a niestety nie może, ha).
Trochę gorzej z pokrywaniem płytki paznokcia, ja nakładam trzy warstwy, a tak prawdę powiedziawszy jeszcze można by się przyczepić do idealnej gładzi tej bieli.
Plusem jest natomiast bardzo ładny odcień, niby biel, ale taka trochę złamana oraz bardzo udana perłowa poświata, wyjątkowo minimalna, delikatna, coś tak w połowie drogi między klasycznym kolorem, a odcieniem perłowym.
A tak na marginesie, zauważyłyście, że wszystko co białe wydaje się lekkie. Biały jest puch i płatki śniegu, białe są chmurki, no chyba, że zaraz ma spaść deszcz, wtedy biel przechodzi w szarości i granaty.
Nawet kiedy pomyślimy o pięknym żaglowcu z rozpiętymi w powietrznym tańcu żaglami, prawie zawsze widzimy w myślach białe żagle, coś w tym jest.
A bałwany na morzu, szalona, lekka pianka na szmaragdowym tle?
A skrzydła aniołów? Zawsze białe..
Białe jest zwykle leciutkie i delikatne.
Nawet produkty "light" są zwykle w kolorach białych lub przynajmniej mocno rozbielonych, ale tu już kłania się marketing i zjawisko podświadomego kojarzenia.
W ciuchach też dajemy się zwieść tej ułudzie. Jak mamy ochotę na coś lekkiego, zazwyczaj zakładamy rzeczy jaśniutkie, białe lub rozbielone kolory
No to wrzucam na siebie ten zestaw i biegnę na spotkanie z moją Mamcią, idziemy na miłe pogaduchy i gorącą czekoladę.
Czas już na moją Bardzo Kobiecą Galerię. Chcę pozostać w temacie bieli, a jak biel to musi być i czerń.
Piękne, artystyczne fotografie włoskiej fotograficzki Iaia'y Gagliani,
zapraszam, popatrzcie.
Pozdrawiam
Margaretka
Hej Dziewczyny!
Można już rzec, że zrobiło się nam prawie lato.
W każdym razie nogi bez rajstop i krótki rękawek u mnie w pełnej krasie. Wreszcie. Kocham to.
Jeszcze tylko złapać trochę opalenizny, bo na razie ciało po zimie blade... i można żyć.
A propos ciała, dzisiaj kilka słów o balsamie po goleniu i depilacji, teraz takie ustrojstwo jest nam jeszcze bardziej niezbędne, maszynki i plastry mają pełne ręce (no, powiedzmy, że ręce) roboty.

Ten nowy na rynku balsam dostałam do przetestowania od marki Venus, lepiej z terminem nie mogłam trafić, żel który używałam podprowadziła mi córcia, więc od razu zabrałam się za zapoznawanie z tym osobnikiem.
Bardzo ładne opakowanie, na pierwszy rzut oka białe, ale tak naprawdę przeźroczyste, bo biel to po prostu widoczny w całej krasie śnieżno biały balsam.
Mocną stroną tego kosmetyku jest przemiły zapach, nie wyczuwam tu żadnej sztuczności, chemii, bardzo letni, owocowy, chyba z najsilniejszą nutą pomarańczy. Ciało pachnie jeszcze długą chwilę po posmarowaniu.
Konsystencja jak najbardziej optymalna przy tego typie kosmetyku, nie lejąca się choć lekka, śliskawa, bardzo "mokra", nakładanie go i wcieranie w skórę bardzo przyjemne.
Po ogoleniu, na przykład nóg, nakładam go dosyć sporą warstewką na skórę, przez moment jest ona mocno wilgotna i mile, tak jakby, rozmiękczona i wygładzona, wyczuwa się komfort lekkiego ochłodzenia, choć czasem czuję też nieznaczne szczypanie. Mnie to akurat nie przeszkadza, podejrzewam, że działa tu alkohol jako dezynfekcja miejsc, umówmy się, jednak ciut ciut zranionych.
Trochę lepiej mogłoby być z trwałością tych nawilżających efektów na skórze. Balsam dobrze się wchłania, ale też po kilkunastu minutach na mojej skórze nie pozostaje nawet ślad nawilżenia, w tym aspekcie mam pewien niedosyt.
Jeśli lubicie, żeby kosmetyk wchłonął się w stu procentach i to stosunkowo szybko, będziecie go lubiły, jeśli natomiast, tak jak ja, lubicie gdy na skórze ma jednak pozostać taka delikatna warstewka "gładzi", trzeba wspomóc skórę dodatkową pielęgnacją.
Podsumowując, w mojej ocenie ten balsam to taki fachman do zadań specjalnych, ściśle określonych, faktycznie uprzyjemnia życie nam i skórze po zabiegu depilacji, ale jako klasyczny nawilżacz i pielęgniarz skóry niekoniecznie już się sprawdza. Biorąc pod uwagę jego fajną cenę, 6-7 zł za 200 ml, warto go jednak mieć w swojej łazience.
Dzisiaj w ramach mojej Bardzo Kobiecej Galerii zdjęcie bardzo kobiecego smakołyku. Czekolada deserowa na gorąco, jedna marcepanowa, druga amaretto. Prawda, że piękny obiekt westchnień, a jak smakowało....
Pozdrawiam
Margaretka