Obserwatorzy

czwartek, 25 czerwca 2015

Rimmel Wake Me Up, jak dobrze wstać skoro świt, pod ręką mieć....


Lubimy takie akcje.

Po raz kolejny udało mi się uczestniczyć w projekcie promującym kosmetyki Rimmel Polska, tym razem pod lupę bierzemy linię Wake Me Up.

W kartonowym "puzderku" zapinanym na rzep i mającym wszelkie cechy (poza materiałem) zgrabnej kosmetyczki, do testów dostałam tusz i podkład. Jaka szkoda, że Rimmel nie pomyślał, żeby kartonik zastąpić jakąś fajną tkaniną z logo Rimmela, taka kosmetyczka zostałaby z nami na dłużej, a nie wylądowałaby za chwil kilka w kuble na śmieci. Absolutnie nie czepiam się,,....  tak tylko trochę muszę ponarzekać, niech będzie, że w imię walki o ochronę środowiska.

Oba kosmetyki, z tego co wiem, są już na rynku obecne od pewnego czasu, a więc nie są to najświeższe świeżynki Rimmela. Fakt pozostaje jednak faktem, że takimi produktami producent ma prawo się chwalić i promować je, oba są naprawdę warte uwagi.





Zacznę od tuszu

Rimmel, Wonderfull Wake Me Up Mascara - tusz do rzęs


Mam problem z nazwaniem mojego stosunku do tego zielonego grubaska. Wielka miłość toczy u mnie totalną walkę z nienawiścią, uczucia się kotłują, raz górą jest uwielbienie, raz złość.

Pokochałam go na przykład za ten odjechany w świecie tuszy kolor opakowania. 
Mam sporo kolorówki w codziennym użyciu, wszystko w jako takim ładzie lub nieładzie, (zależy, jeśli oceniłaby to perfekcjonistka, to byłby to nieład) w sporym pojemniku, więc wiecznie wśród różnych różności szukam danego delikwenta. Teraz szukam nadal, ale z tuszem się to skończyło. Metalizowana zieleń tak daje po oczach, że myk, myk i tusz jest w garści.

Szczoteczka - i tu właśnie włącza się ta nienawiść. Dla mnie za duża, dla mnie wcale nie jest precyzyjna, niby wszystkie rzęsy doskonale rozczesuje i tuszuje, ale jak się zbyt długo przykładam do tuszowania, mam jak w banku, że w końcu wytuszuję sobie też górną lub dolną powiekę.

Jeśli chodzi o sam efekt na rzęsach to nie można narzekać. Mocnego,takiego na imprezy, ja nazywam to teatralnym,  efektu tu raczej nie osiągniemy, ale ładny, naturalny, na co dzień jak najbardziej tak.
Tusz dosyć dobrze wydłuża rzęsy i zwiększa ich objętość, nie tworzą się żadne grudki, nie skleja rzęs, słowem wszystkie oczekiwania, jakie można postawić przed dobrym tuszem tu mamy.
Dochodzi jeszcze nietuzinkowy zapach - przyjemny, ogórkowy, dla mnie rzecz drugorzędna, rzęsy i tak nie pachną, ale właściwie przyjemność podczas robienia makijażu całkiem fajna.









No i mój stuprocentowy faworyt w tym zestawie:

Rimmel, Wake Me Up Make Up Foundation  - podkład rozświetlający


Od razu zaznaczam, że jestem fanką kosmetyków rozświetlających, moja dosyć sucha z natury skóra je lubi, a ja w takim makijażu czuję się znacznie lepiej niż w tych typu mat.

Wybaczcie mi, że teraz będę tylko piała z zachwytu, ale w moim wypadku ten podkład jest po prostu niemal ideałem.

Dobra, niezbyt wysoka cena (około 40 zł) przy takiej jakości to tylko początek plusów jak najbardziej dodatnich.
Niedawno używałam i zużyłam znacznie droższy, ze znacznie wyższej półki cenowej podkład Lancome i wcale nie uśmiechało mi się mój budżet uszczuplać paskudnie wysoką kwotą. Ale człowiek przyzwyczaja się do dobrego, kręciłam się już koło tego drogiego drania, a tu okazało się, że prawie jak z nieba spadł mi zamiennik też niczego sobie, poza brakiem poczuciem posiadania kosmetyku luksusowego, z logo marki, do której mam nieskrywaną słabość, inne właściwości są mile porównywalne.

Świetna konsystencja, gładkość, wręcz jedwabistość Rimmelka jest zadziwiająco udana. 
Idealnie się rozprowadza, cieniutka warstwa kryje wszystkie niedoskonałości jak marzenie, a skóra jest wygładzona i przemiła w dotyku. Ten podkład zachowuje się nienagannie. Efekt to stuprocentowa naturalność, bardzo zdrowy, wypoczęty i taki świeży wygląd skóry, a więc i makijażu. Kocham go. 

Na dużą piątkę oceniam też jego trwałość. Poranny makijaż późnym popołudniem, nawet po 10 - 12 godzinach jest jeszcze w miarę przyzwoity, w każdym razie podkład nie znika, nie ściera się, nie robią się żadne suche skórki, ani też nie świeci mi się skóra (ale też, muszę zaznaczyć, że nie mam do tego jakiś tendencji).

Dodatkowy bonus to przyjemny zapach i całkiem udane i eleganckie opakowanie - szklany pojemnik z pompką, dozownik jest precyzyjny, nie wyrzuca z siebie zbyt dużej ilości podkładu.






Najbardziej cieszę się z tego, że dzięki tej akcji promującej linię Wake Me Up Rimmela w moje łapki trafił podkład. Nie jestem pewna, czy sięgnęłabym po niego w drogerii i pewnie żyłabym w niespecjalnie błogiej nieświadomości, że takie cudeńko skrojone dokładnie pod moje potrzeby jest na kosmetycznym rynku i tylko czeka na odkrycie go przeze mnie.


To by było na dzisiaj wszystko, do miłego spotkania w następnym poście,

pozdrawiam
Margaretka

środa, 17 czerwca 2015

Co tak pachnie? Co mnie pieści? Dresdner Essenz - garść łazienkowych opowieści




Motywacja to niezłe koło zamachowe do działania, a motywować mogą sukcesy lub porażki. Jak macie? Klęska czy niedocenienie nakręca Was do pokazania całemu światu: - Zobaczcie, ja i tak potrafię,i tak jestem najlepsza, czy też taka porażka podcina Wam skrzydła?   U mnie porażka to niestety dół i degrengolada, niewiara w siebie zaczyna rozciągać swoje paskudne macki na moje poczucie wartości, niemoc i zwątpienie zaczynają ograniczać wyobraźnię, chęci i zapał.  Natomiast jako kop do działania wyraźnie sprawdza się mi się sukces. Dostaję wtedy wiatru w żagle, wydaje mi się, że teraz to spokojnie przeskoczę góry. Wszystko wydaje mi się łatwe i w zasięgu moich możliwości.


Te kosmetyki, które widzicie na dzisiejszych zdjęciach to efekt właśnie takiego malutkiego sukcesu. 


Mój blog został wyróżniony nagrodą od firmy Bathing.pl, dystrybutora niemieckich, relaksujących i pielęgnacyjnych kosmetyków Dresdner Essenz, które za herb obrały sobie fantastyczny zapach. 
Nagroda to możliwość wybrania sobie kilku kosmetyków, ale to przede wszystkim duża satysfakcja i odrobina łechcącej moje czasem próżne jestestwo dumy.

Okrągła sumka pozwoliła mi troszkę poszaleć  w e-sklepie Bathing.pl, wybrałam przede wszystkim dwa żele pod prysznic, bo one bardzo mnie kusiły. Wcześniej miałam już okazję poznać i docenić żel waniliowy z nutami drzewa sandałowego, pisałam o nim tutaj.


Dresdner Essenz - Żel pod Prysznic GRANAT/ GREJPFRUT

Dresdner Essenz - Żel pod Prysznic PIWONIA


Powiedzcie, czyż granat i piwonia nie brzmią nęcąco? Mnie w każdym razie nie tylko znęciły, ale i uwiodły. Granat pachnie bardzo elegancko, nietuzinkowo, a delikatne grejpfrutowe nuty tylko dodają czarowności i urody zapachowi.
Piwonia to esencja kobiecości, słodyczy i kwietnych bukietów, które czynią kąpiel lub prysznic prawdziwą frajdą.
Jakość miałam już potencjalnie sprawdzoną, poprzednia, waniliowa tuba z żelem to było prawdziwe mistrzostwo świata w dziedzinie łazienkowych umilaczy. 
Świetne, bezpieczne dla skóry i bogate w naturalne składniki, śliczne i funkcjonalne tuby, doskonała jakość tych żeli, cena 17 zł, a więc adekwatna do wysokiej jakości tych produktów nie pozwala mi na inne stwierdzenie niż to: zdecydowanie są one warte polecenia.





Dresdner Essenz - Żel pod Prysznic - SŁODKA JAGODA

Ten żelowy maluszek (bo pojemność to tylko 125 ml) to wybór Młodej. Co prawda moje dziecko okres dziecięctwa ma już daleko za sobą, ale bez grama dyskusji kazała zamówić sobie to pachnące słodkimi jagodami cudeńko. Niepewna jest moja finansowa przyszłość - tubka kosztuje niestety 23 zł, a Młoda już domaga się kolejnej porcji Słodkiej Jagody, tak jest tym żelem dla dzieci zachwycona. Genialny zapach, idealne nawilżanie skóry, duża wydajność - tak bez przerwy zachwala mi i namawia - repeat please mamo.


Na koniec dzisiejszego postu zostawiłam sobie prawdziwą, pielęgnacyjną pychotkę.

Dresdner Essenz - Masło do Ciała WANILIA/DRZEWO SANDAŁOWE


Marka ma w swojej ofercie kilka masełek do ciała, pokrywających się w liniach z żelami pod prysznic. Nie za długo zastanawiałam się na wyborem, moja ukochana wanilia z drzewem sandałowym wołała do mnie - weź mnie!
Kocham masełka miłością dojrzałą i rozumną, bo z moją dosyć suchą skórą stanowią udany związek, ale to pokochałam jak szalona nastolatka, bezapelacyjnie i bezwarunkowo.

Zacznę od składu, bo on mówi już sporo:
olej kokosowy, z awokado, arganowy, ekstrakt z nasion arganu, olejek z drzewa sandałowego, olej słonecznikowy i ekstrakt z gardenii, 
bez emulgatorów PEG i olejów mineralnych i silikonowych.

Jest takie, jakie można sobie tylko wymarzyć, idealnie sprawdza się w swoich funkcjach pielęgnujących, nawilżających i wygładzających, wchłania się tak jak powinno, to znaczy ani za wolno, ani za szybko, i ten zapach....
Aż mi głupio tak piać z zachwytu, pomyślicie, że piszę tu jakąś przesłodzoną laurkę, ale nic z tych rzeczy, o zapachu mogłabym pisać poematy. Jest śliczny, elegancki i powiedziałabym taki wyrafinowany, ale jest i druga ważna rzecz, ten zapach jest zdumiewająco, ponadprzeciętnie trwały, skóra pachnie jak marzenie jeszcze długo, długo po wtarciu w nią masełka.
W tym wypadku, biorąc pod uwagę całokształt jakości i właściwości tego masła jestem pod nieustannym urokiem całkiem przyzwoitej ceny: 200ml / 37 zł. Godne zapamiętania, albo po prostu zaopatrzenia się w ten kosmetyczny smakołyk.




Dla zainteresowanych podaję link do sklepu




Pozdrawiam
Margaretka


czwartek, 11 czerwca 2015

Pachnące drobiazgi - mała rzecz, a cieszy






Chyba trochę przesadziłam z tytułem posta, dzisiaj będzie, owszem, o kilku umilających mi w ostatnich dniach życie drobiazgach, choć w sensie materii, gabarytów trudno je maleństwami nazwać.



Zaczynam od umilaczy kąpielowo - prysznicowych, myjących pachnidełek nieomal prosto w Francji, dokładniej z Prowansji, które bez problemu i w dużym, zapachowym wyborze w naszych drogeriach dostać można.



O żelach pod prysznic Le Petit Marseillais jest teraz w blogosferze głośno i obficie, a wszystko to za sprawą zgrabnej i pomysłowej kampanii marketingowej marki, która  zaopatrzyła dużą grupę blogerek w zestaw kosmetyków dla siebie i pakiet próbek dla przyjaciółek i koleżanek.
Ja swoją paczkę też dostałam, żele przetestowałam. 



Jak je oceniam? 
Uważam, że są całkiem przyzwoite. 
Mocną stroną jest zapach, w tym wypadku mamy tu kombinacje nut cytrusowych w sympatycznych, naturalnych klimatach, bez jakiś chemicznych zawirowań. ,
Właściwości myjąco - pielęgnacyjne też niczego sobie, opakowanie nie powala urodą, ale broni się sporą funkcjonalnością i wygodą, a przecież to  pod prysznicem ma znaczenie niebagatelne. 
Biorąc jeszcze pod uwagę dobrą, nie drenującą kieszeni cenę i łatwą dostępność w drogeryjnych sieciach, spokojnie po te żele można sięgnąć podczas zakupów, choć wielkiego ŁAŁ u siebie raczej nie oczekujcie.

Teraz to krótkie, acz wiele mówiące słówko ŁAŁ ma faktyczną rację bytu, bo właśnie tak zareagowałam, po raz pierwszy wąchając tę wodę toaletową. 
Na razie trudno ją kupić, bo to najświeższa ze świeżych świeżynka, na pewno będzie do dostania od lipca w Rossku.



Gabriela Sabatini większość swoich wariantów zapachowych ma całkiem udanych, więc i w tym wypadku nie powinnam się dziwić moim pozytywnym odczuciom.
Gabriela Sabatini Happy Live to moim zdaniem wybitny strzał w dziesiątkę jeśli chodzi o zapachy bardzo letnie, radosne i pełne lekkości.

Właściwie gdyby ten zapach został zapakowany w jabłuszko Be Delicious DKNY, bo są to mniej lub bardziej te klimaty, a szczególnie pierwszej, zielonej wody, i wtedy bym go brała w ciemno; choć cena wtedy byłaby znacznie wyższa. 
Gabriela Sabatini Happy Live to nuty owocowo - kwiatowe, słodkie, ale nie przesłodzone, w bukiecie znalazły się magnolia, róża, jaśmin, towarzyszy im bergamotka, brzoskwinia i różowy pieprz, ale też piżmo i wanilia. Zapach jest przyzwoicie trwały, sympatycznie mocny, ale nie jest absolutnie nachalny.



Dziewczyny, koniecznie przyjrzyjcie się temu zapachowi z bliska, moim zdaniem jest wyjątkowo udany. 
Cena 110 - 130 zł za flakon 60 ml.


Jeszcze coś pachnącego i pychotkowego. 
Truskawki w wersji mus, słodkie to i wyśmienite, a krótki, acz intensywny sezon na te owoce sprzyja podawaniu i zajadaniu ich w różnych wydaniach. 
Garść truskawek, trochę cukru, chwila miksowania i pucharek pełen owocowych delicji jest nasz.




Już na koniec jedno danie smakowite i pachnące piękną polszczyzną.  
"Jeść" to książka do napawania  się słowem, wszak autorem jest mistrz nad mistrze słowa mówionego i pisanego, sam Pan prof. Jerzy Bralczyk. 
Pan Profesor zajął się tu nie kulinariami sensu stricto, ale bawi się brzmieniem, etymologią i skojarzeniami pysznych słów. Ta lektura to taka mała uczta, intelektualnie wypasiona, a kalorycznie w wersji super fit.

Ale w tej beczce miodu jest też łyżka dziegciu. 
Samą mnie to zdumiewa, bo autor kojarzy mi się inaczej, ale troszkę mi się ta książka wpisuje w dzisiejsze, powierzchowne, trochę byle jakie, takie czasy po łebkach. Tak jakby Pan Profesor bał się, że zbyt długi tekst znudzi czytelnika. Czyżby nam nie dowierzał?  Poszczególne hasła są opracowane krótko, bez pogłębienia,  czytam i bez przerwy odczuwam niedosyt. Wiem, że przy pałaszowaniu jedzenia niedosyt jest zdrowy, ale tu...  trochę szkoda.

Koniecznie muszę w tym miejscu zamieścić nieduży cytat z książki, on doskonale odda jej charakter, tak na zachętę, żeby wiadomo było czym tu pachnie:

"Tak się składa, że nazwy ssaczych mięs zwykle pochodzą od nazw samców, choć czasem nazwy pochodzące od samic brzmiałyby może bardziej naturalnie. Nie jemy krowiny, lecz wołowinę, od świniny wolimy wieprzowinę. Najwyraźniej widać to przy baraninie, owczyny sobie nie wyobrażamy (przy jagnięcinie płeć jest bez znaczenia, dominuje młodość)."




Pozdrawiam
Margaretka

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Mój kryształ Swarovskiego - biżuteria od AnKaBiżuteria.pl



Czasem mam wrażenie, że życie składa się z drobiazgów, większych i mniejszych, bardziej i mniej ważnych, ale właśnie takich fragmencików układanych, dokładanych godzina po godzinie, dzień po dniu. Jedne detale umykają i przemijają niezauważalnie, inne zapadają w pamięć na zawsze. Jedne są jak zwykłe, szklane koraliki nanizane setkami na żyłkę, dopiero w swojej nieprzebranej ilości tworzą piękną bransoletę czy naszyjnik, inne są jak pojedyncze brylanty, kryształy, kamienie szlachetne, ich ważność i uroda tkwi w jednym, jedynym wydarzeniu, zapamiętanej chwili.

Z biżuterią też tak jest. Sama nie wiem, co wśród różnych świecidełek lubię bardziej; sznury korali pełne barw i gry odcieniami, ascetyczne i chłodne srebro, gdzie uroda ukryta jest w eleganckim detalu, czy pełne fantazji, zwariowane korkowe czy filcowe naszyjniki. Na pewno w biżuterii, którą noszę musi mnie coś urzec: kolor, szczegół, forma, błysk.

Ostatnio uległam właśnie takiemu urokowi. 
Nowy naszyjnik skradł mi serce zupełnie, totalnie i wygląda na to, że na długo. Najchętniej nosiłabym go każdego dnia czy wieczoru.





Ten pięknie szlifowany kryształ Swarovskiego, oprawiony w srebro dostałam od e-sklepu ze srebrną biżuterią 


http://ankabizuteria.pl/

Powiedzcie, czyż to nie przemiły bodziec do napisania postu? Jestem tak zadowolona i oczarowana moim nowym, biżuteryjnym nabytkiem, że chwalić mogłabym się na okrągło, wszem i wobec, tu skromnisią absolutnie nie będę.
Ta iskrząca się piękność to oczywiście mój wybór, zresztą wcale nie taki łatwy, bo zdecydować się na ten jeden jedyny, kiedy wśród dziesiątek srebrnych cudeniek kuszą nas bransolety, kolczyki, naszyjniki czy pierścionki śliczne i nietuzinkowe to nie takie hop, siup.



Marzył mi się taki wisiorek na srebrnym łańcuszku już od jakiegoś czasu. 
Kryształ jest w szarościach, silver shadov, zresztą ciuchów w myszowatych barwach mam chyba najwięcej, więc komponuje mi się on do tego i owego doskonale.
Popatrzcie jak pięknie szlifowany jest ten kryształ. Uwierzcie mi, że zdjęcia pokazują jego urodę, ale na żywca jest jeszcze ładniejszy, przyciąga uwagę jak diabli.
Zapięcie jest bardzo wygodne, karabinek dosyć duży, w każdym razie przy tym łańcuszku nie muszę mieć pomocnika przy zakładaniu.














Dziewczyny, zachęcam Was do zaglądnięcia do AnKa Biżuteria. 
Zrobicie tam niezłe zakupy biżuteryjne, jedyny problem jaki można mieć rozglądając się wśród kolczyków, pierścionków czy łańcuszków, to wystarczającą ilość kaski, bo ostrzegam, chce się mieć to i to i jeszcze tamto.

- Śliczności w srebrze: cyrkonie, bursztyn czy kryształy Swarovskiego, perły.
- Srebro próby 925, dla miłośniczek złotych klimatów sporo biżyterii srebrnej, pozłacanej.
- Biżuterię otrzymujemy zapakowaną w naprawdę eleganckim pudełeczku.
- Możemy łatwo kompletować biżuterię.
- Duże pole do popisu do biżuteryjnych zakupów dla przyszłej panny młodej.
- Uważam, że ceny są bardzo korzystne, chyba jedne z lepszych na rynku.

Wybrałam jeszcze kilka zdjęć biżuterii z tego sklepu, bo tyle rzeczy cieszy tu oko. Jak zaglądniecie, zobaczycie, że niektóre drobiazgi kosztują już 20 - 30 zł, na przykład te srebrne kolczyki - wkrętki, z jasnoróżową cyrkonią to całe 25 złociszy. Nieźle, zgodzicie się ze mną?
A co sądzicie o tych niebieskościach i błękitach? Prawda że teraz, latem, będą się pięknie prezentowały na opalonej skórze.

kolczyki



naszyjniki



pierścionki





A tu jeszcze krótki filmik, 
taki bardzo miły dla oka przegląd tego i owego, zdecydowanie iście ciekawego z oferty sklepu.




Pozdrawiam
Margaretka
-

poniedziałek, 25 maja 2015

ORIENTANA, olejek z japońskiej róży i szafranu dodałam do ulubionych


Jakieś kilka tygodni temu do moich pomocników w zmaganiach i zabiegach o skórę gładką i powabną dołączył ten oto olejkowy malec. Nieduże toto, niespecjalnie efektowne, w każdym razie wzroku nie przyciąga.


Wyraźnie Orientana postawiła tu na zawartość, a nie na opakowanie.
Plastikowa, przeźroczysta buteleczka, bez żadnych fajerwerków, etykieta papierowa, też powiedziałabym, że dosyć skromna, choć zaopatrzona w podstawowe informacje, łącznie ze składem produktu, zamknięcie i dozowanie proste i stosunkowo wygodne - na zatrzask, więc w kwestii zewnętrznych objawów wewnętrznych potrzeb mamy tu zadowalające minimum.


A ja sprawa ma się z zawartością?


Skład jest bardzo miły dla oka, no sorry, dla skóry.
 Orientana postawiła na bogactwo ekstraktów z roślin azjatyckich, zwracając przy tym uwagę, żeby szkodliwej chemii nam w pakiecie nie sprezentować. Taka polityka w dzisiejszych czasach bardzo się opłaca, Marka ma swoje zagorzałe zwolenniczki i czytając blogi i fora internetowe mam wrażenie, że grupa ta cały czas rośnie.

Nazwa Olejek z japońskiej róży i szafranu to wyraźnie marketingowy zabieg. Oczywiście nie krytykuję, bo marketing też musi mieć rację bytu, a japońska róża czy szafran brzmi cudnie, zachęcająco i obiecuje jakąś taką orientalną delikatność i subtelną skuteczność. W końcu o to chodzi w całej tej naszej babskiej kosmetykowej "zabawie".

A skład tego olejku i bez tych fajerwerków musi zwracać uwagę:

 olej z ziaren słonecznika, olej sezamowy, olej z oliwek, olej migdałowy, olej jojoba, olej z pestek moreli, olej z kiełków pszenicy, olejek z róży, ekstrakt z szafranu, wit E.



Bogactwo i różnorodność olejków, dla mnie boska, dla mojej skóry twarzy, dosyć suchej z natury, tym bardziej jest nie do przecenienia.
Nie używam tego olejku regularnie, i to wcale nie tylko dlatego, że chcę by był ze mną jak najdłużej, regularnie w dalszym ciągu używam kremów. Olejek natomiast, z racji tej bomby składników odżywczych, wzmacniających, regeneracyjnych czy nawilżających, stał się u mnie nieodzowny do dopełnienia kompleksowej pielęgnacji. Tym olejkiem zastąpiłam ostatnimi czasy maski i maseczki do twarzy. Kilka kropli olejku pozwala na cudny, rozgrzewający i odprężający, delikatny masaż twarzy, potem kilkanaście minut totalnego relaksu na kanapie z muzyczką w tle, tak by wszystkie składniki się wchłonęły w skórę. Potem już tylko krem na noc, a rano moja skóra jest jak zdjęta z młodszej siostry, co ja mówię, o mało co jest jak zdjęta z córki. 

Czasem też, jak wieczorem widzę, że dzień bardzo dał  w skórę (w kość) kondycji mojej facjaty, zamiast zmywania makijażu za pomocą żelu i wody, sięgam po płatek kosmetyczny i znowu 4-5 kropli olejku różano - szafranowego nie tylko przemiło oczyszcza, ale i przynosi ulgę i łagodność zmordowanej skórze. Genialne uczucie, wierzcie mi.


Dotąd nie wspomniałam jeszcze o zapachu.
To kolejna, mocna strona tego kosmetyku, która u mnie ma duże znaczenie. Lubię wszelkie pachnidełka, zapach udany to przyjemność używania, to taki dodatkowy, zmysłowy bonus.
Ten olejek w tej kwestii jest ideałem. Delikatny, bardzo subtelny, powiedziałabym też, elegancki, bez dominacji zapachu różanego, lekko orientalny, oczywiście bez żadnych sztucznych nut, myślę, że spodoba się każdej miłośniczce olejkowych klimatów.

olejek jest zabezpieczony folią, którą niestety zdjęłam przed zrobieniem zdjęcia, a dodatkowo pod plastikową nakrętką jest jeszcze zaklejony folią

Ten kosmetyczny maluszek tylko na oko wydaje się niewydajny. Okazuje się, że 55 ml olejku to całkiem pokaźna ilość, biorąc pod uwagę, jak niewiele wystarcza do zaopiekowania się naszą twarzą czy szyją. Znika powoli i teraz, po kilku tygodniach widzę, że jeszcze trochę ze mną będzie. A jak się skończy, pewnie znowu go poszukam, tym bardziej, że produkty Orientany coraz łatwiej można znaleźć w tej czy innej drogerii, nie mówiąc już o e-drogeriach, a cena, około 20 zł jest bardzo przyzwoita, zwłaszcza kiedy cenimy maksymalnie naturalne kosmetyki.

Pozdrawiam
Margaretka

środa, 13 maja 2015

Dresdner Essenz żel pod prysznic, gdzie wanilia z drzewem sandałowym kusząco pachną



O tym, że świat kosmetyków jest chyba nie do ogarnięcia i poznania w całości nie muszę żadnej kobitki przekonywać. 
Na naszym rynku, i tym realnym z półkami i gablotami w drogeriach i perfumeriach, i tym niby mniej namacalnym - bo w sieci, bez przerwy odkrywamy marki, firmy i produkty ciekawe, warte polecenia, a przynajmniej zwrócenia na nie uwagi.


Staram się trzymać rękę na pulsie i wiedzieć co, gdzie i jak w kosmetykowej trawie piszczy. 
O tym, że piszczy i to całkiem pachnąco przekonała mnie ostatnio marka Dresdner Essenz, której wiodącym dystrybutorem w Polsce jest firma bathing.pl.

Żel, który dostałam do przetestowania i podzielenia się na blogu moimi wrażeniami sprawił, że trochę poczytałam o tej nieznanej mi dotąd marce.
Muszę przyznać, że ciekawie to wygląda: ta niemiecka marka istnieje od ponad stu lat, a stawia ona głównie na pachnące, ziołowe ekstrakty, rośliny orientalne, leśne, olejki eteryczne, słowem naturalne składniki jak najbardziej "zielonych", "surowych" receptur.
Oferta Dresdner Essenz to przede wszystkim gama produktów, w których zapach i aromaterapia ma pierwszorzędne znaczenie, a stawiany przez markę nacisk na harmonię między pielęgnacją ciała i duszy ma sprawić nam przyjemność i zadowolenie.
Żele do kąpieli i pod prysznic, sole, balsamy, masełka czy olejki to pełen zapachów świat Dresdner Essenz. 
Kuszą bergamotka z frezją, cytrusowa pomarańcza z mandarynką czy słodka piwonia, ale mnie najbardziej zainteresowały i skusiły moje ukochane nuty wanilii w kompozycji z drzewem sandałowym.



Naprawdę kremowy żel ma konsystencję dosyć gęstej śmietany, w kolorze białym z perłowym efektem, wszystko to sprawia, że wieczorem sięgam po niego z dużą przyjemnością.



Oczywiście udany wygląd i konsystencja to nie wszystko. Ten kąpielowy kosmetyk ma wyjątkowo miłą gładkość i miękkość i daje to wszystko skórze. 
Mycie jest bardzo przyjemne, pienienie się i pianka taka jak być powinna, żadnego spływania z dłoni czy gąbki, z taką wręcz łagodnością rozprowadza się po skórze.
Mocnym atutem jest zapach. Dosyć intensywny, ale nienachalny, absolutnie nie ma tu sztucznych nut, bardzo perfumiarski, kojarzy się z całkiem udaną kompozycją słodkiej wody toaletowej.

Dla mojej dosyć suchej skóry ten żel to prawdziwa przyjemność. Podczas mycia czuję miłe wygładzenie, miękkość, również nawilżenie, choć po wytarciu to uczucie mija i moja skóra potrzebuje jednak dodatkowego nawilżenia balsamem lub masłem.







Zastanawiałam się, czy cena 17 zł za tubkę 200 ml nie jest zbyt wygórowana. Biorąc pod uwagę, że większe żele w drogerii kupimy za mniejsze pieniądze w pierwszym momencie tak pomyślałam, ale... no właśnie jest ważne "ale".

Jeśli w kosmetykach pielęgnacyjnych cenimy sobie minimalizację szkodliwych konserwantów, nie mówiąc już o gwarancji braku detergentów syntetycznych SLES, alkalicznego mydła, olejów mineralnych i silikonowych oraz emulgatorów PEG, za to cenimy sporą dawkę bezpiecznych i korzystnych dla skóry składników naturalnych, to już ta cena nie jest taka duża.
Zdaję sobie sprawę, że jakość musi kosztować, za dobry, bezpieczny dla skóry skład trzeba wysupłać ciut więcej, a i dopracowana formuła też ma swoją wartość, więc te 17 zł okazuje się ceną wcale niezbyt wysoką.




Jeśli podoba się Wam, Moje Drogie ten żel, a muszę dodać, że ma on jeszcze kilku bardzo kuszących, ciekawych braciszków, zaglądnijcie tutaj, ja uważam, że warto.





Pozdrawiam
Margaretka