Obserwatorzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobra książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobra książka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 czerwca 2015

Pachnące drobiazgi - mała rzecz, a cieszy






Chyba trochę przesadziłam z tytułem posta, dzisiaj będzie, owszem, o kilku umilających mi w ostatnich dniach życie drobiazgach, choć w sensie materii, gabarytów trudno je maleństwami nazwać.



Zaczynam od umilaczy kąpielowo - prysznicowych, myjących pachnidełek nieomal prosto w Francji, dokładniej z Prowansji, które bez problemu i w dużym, zapachowym wyborze w naszych drogeriach dostać można.



O żelach pod prysznic Le Petit Marseillais jest teraz w blogosferze głośno i obficie, a wszystko to za sprawą zgrabnej i pomysłowej kampanii marketingowej marki, która  zaopatrzyła dużą grupę blogerek w zestaw kosmetyków dla siebie i pakiet próbek dla przyjaciółek i koleżanek.
Ja swoją paczkę też dostałam, żele przetestowałam. 



Jak je oceniam? 
Uważam, że są całkiem przyzwoite. 
Mocną stroną jest zapach, w tym wypadku mamy tu kombinacje nut cytrusowych w sympatycznych, naturalnych klimatach, bez jakiś chemicznych zawirowań. ,
Właściwości myjąco - pielęgnacyjne też niczego sobie, opakowanie nie powala urodą, ale broni się sporą funkcjonalnością i wygodą, a przecież to  pod prysznicem ma znaczenie niebagatelne. 
Biorąc jeszcze pod uwagę dobrą, nie drenującą kieszeni cenę i łatwą dostępność w drogeryjnych sieciach, spokojnie po te żele można sięgnąć podczas zakupów, choć wielkiego ŁAŁ u siebie raczej nie oczekujcie.

Teraz to krótkie, acz wiele mówiące słówko ŁAŁ ma faktyczną rację bytu, bo właśnie tak zareagowałam, po raz pierwszy wąchając tę wodę toaletową. 
Na razie trudno ją kupić, bo to najświeższa ze świeżych świeżynka, na pewno będzie do dostania od lipca w Rossku.



Gabriela Sabatini większość swoich wariantów zapachowych ma całkiem udanych, więc i w tym wypadku nie powinnam się dziwić moim pozytywnym odczuciom.
Gabriela Sabatini Happy Live to moim zdaniem wybitny strzał w dziesiątkę jeśli chodzi o zapachy bardzo letnie, radosne i pełne lekkości.

Właściwie gdyby ten zapach został zapakowany w jabłuszko Be Delicious DKNY, bo są to mniej lub bardziej te klimaty, a szczególnie pierwszej, zielonej wody, i wtedy bym go brała w ciemno; choć cena wtedy byłaby znacznie wyższa. 
Gabriela Sabatini Happy Live to nuty owocowo - kwiatowe, słodkie, ale nie przesłodzone, w bukiecie znalazły się magnolia, róża, jaśmin, towarzyszy im bergamotka, brzoskwinia i różowy pieprz, ale też piżmo i wanilia. Zapach jest przyzwoicie trwały, sympatycznie mocny, ale nie jest absolutnie nachalny.



Dziewczyny, koniecznie przyjrzyjcie się temu zapachowi z bliska, moim zdaniem jest wyjątkowo udany. 
Cena 110 - 130 zł za flakon 60 ml.


Jeszcze coś pachnącego i pychotkowego. 
Truskawki w wersji mus, słodkie to i wyśmienite, a krótki, acz intensywny sezon na te owoce sprzyja podawaniu i zajadaniu ich w różnych wydaniach. 
Garść truskawek, trochę cukru, chwila miksowania i pucharek pełen owocowych delicji jest nasz.




Już na koniec jedno danie smakowite i pachnące piękną polszczyzną.  
"Jeść" to książka do napawania  się słowem, wszak autorem jest mistrz nad mistrze słowa mówionego i pisanego, sam Pan prof. Jerzy Bralczyk. 
Pan Profesor zajął się tu nie kulinariami sensu stricto, ale bawi się brzmieniem, etymologią i skojarzeniami pysznych słów. Ta lektura to taka mała uczta, intelektualnie wypasiona, a kalorycznie w wersji super fit.

Ale w tej beczce miodu jest też łyżka dziegciu. 
Samą mnie to zdumiewa, bo autor kojarzy mi się inaczej, ale troszkę mi się ta książka wpisuje w dzisiejsze, powierzchowne, trochę byle jakie, takie czasy po łebkach. Tak jakby Pan Profesor bał się, że zbyt długi tekst znudzi czytelnika. Czyżby nam nie dowierzał?  Poszczególne hasła są opracowane krótko, bez pogłębienia,  czytam i bez przerwy odczuwam niedosyt. Wiem, że przy pałaszowaniu jedzenia niedosyt jest zdrowy, ale tu...  trochę szkoda.

Koniecznie muszę w tym miejscu zamieścić nieduży cytat z książki, on doskonale odda jej charakter, tak na zachętę, żeby wiadomo było czym tu pachnie:

"Tak się składa, że nazwy ssaczych mięs zwykle pochodzą od nazw samców, choć czasem nazwy pochodzące od samic brzmiałyby może bardziej naturalnie. Nie jemy krowiny, lecz wołowinę, od świniny wolimy wieprzowinę. Najwyraźniej widać to przy baraninie, owczyny sobie nie wyobrażamy (przy jagnięcinie płeć jest bez znaczenia, dominuje młodość)."




Pozdrawiam
Margaretka

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

O grzybach, herbatce rooibos i tomiszczu ploteczek kulturalno-szołbiznesowych z ostatniego ćwierćwiecza

Hej moje Drogie
fajeczki bardzo brzydkie, ale ładnie pokazują wielkość prawdziwków

W Beskidach pogoda ostatnio nie rozpieszcza. Niby półmetek lata, a ja wciąż czekam na porządne, bezchmurne niebo od świtu do nocy, a nie jakiś tam skrawek błękitu między burzową chmurą, a mglistym, chmurzastym kożuchem.
Dzisiaj coś tak jakby lepiej, od rana słońce pełną gębą. 
Nie mam wyjścia, biorę kosz i gnam do lasu na grzybobranie. I to w podskokach, bo zbierać grzyby to ja uwielbiam. Łazikowanie po lesie, po miękkim igliwiu jest boskie, co prawda w moim lesie wiecznie pod górkę albo z górki, bo góry to mają do siebie, że płaskich powierzchni jak na lekarstwo, za to mięśnie po takim “spacerze” jak po niezłym fitnessie.
Zamrażarka już pełna paczuszek z borowikami, w słoikach smakowicie zerkają na nas marynowane prawdziwki, maślaki, zajączki i inne grzybowe gadziny, suszenie też trwa w najlepsze.



Grzybowych zapasów przybywa, kilogramów u mnie ubywa o tyle, o ile, choć biegam po lesie często i gęsto.



W ramach popołudniowej sjesty popijamy ostatnio herbatę rooibos. 



Dostałam ją do testów od firmy Astra i bardzo się z tego cieszę. 







Muszę się przyznać bez bicia, że o istnieniu na rynku tego gatunku herbaty, a właściwie nie herbaty, bo rooibos nie jest robiony z krzewu herbacianego, lecz z liści czerwonokrzewu, zupełnie nie miałam pojęcia.
Teraz już jestem mądrzejsza, poczytałam trochę o świetnych właściwościach zdrowotnych tej "herbatki", a ponieważ i smak jest bardzo, bardzo sympatyczny, dodaję ją do obowiązkowych napitoków w moim domu.


Rooibos właściwości:

  • Napój nie zawiera kofeiny, dlatego nie ma żadnych przeszkód, żeby pić go przed snem lub podawać go dzieciom.
  • Polecany jest dorastającej młodzieży, ponieważ zawiera dużo żelaza, wapnia, cynku i magnezu.
  • Ze względu na niską zawartość kalorii i dużą ilość mikro i makroelementów coraz częściej staje się składnikiem diet odchudzających.
  • Duża zawartość żelaza i działanie przeciwwymiotne sprawiają, że rooibos zalecany jest kobietom w ciąży.
  • Obfitość w przeciwutleniacze pozytywnie stymuluje układ odpornościowy, spowalnia proces starzenia i przeciwdziała niektórym odmianom raka.
  • „Fusy” czasami się stosuje jako okład na trudno-gojące, swędzące rany.
  • Reguluje ciśnienie krwi i poziom kwasów żołądkowych.
  •  Żródło: http://www.naturaherbaty.pl/rooibos-yerba-mate.html
  • Nie będę się rozpisywała, kto ciekawy można zaglądnąć na stronę Natura herbaty.pl.


Książka, którą mam właśnie na tapecie to tomiszcze godne polecenia tym z Was, które lubią czytać o popkulturze, szołbiznesie. To prawie 800 stron wydarzeń medialnych z naszego, polskiego, swojskiego rynku filmu, muzyki, reklamy, telewizji i życia towarzyskiego w ciągu ostatnich 25 lat. Ponieważ autorką jest Karolina Korwin Piotrowska, musiałam to mieć. Cięty język i nietuzinkowe obserwacje gwarantowane.

A Wy, moje Drogie, co teraz czytacie? Co polecacie na wakacyjny, urlopowy czas?


Pozdrawiam
Margaretka


czwartek, 1 sierpnia 2013

Zapisane dla przyjemności i potomności, moja pierwsza CEWE FOTOKSIĄŻKA

Hej Dziewczyny!  



 Już dawno nie miałam takiej radochy z udziału  w teście produktu, sama wiadomość o możliwości stworzenia sobie własnej fotoksiążki była wielka, ale okazało się, że zadanie, które musiałam wykonać przyniosło mi jeszcze więcej frajdy i zabawy.

Niby człowiek ma się za kumatego, wie, że własne fotoalbumy czy kalendarze są na wyciągnięcie ręki, ceny wcale nie są jakieś zawrotne, a i tak trwa on (czyli ja) z uporem maniaka przy tradycyjnych, wsuwanych w foliowe koszulki czy zafoliowane karty albumy, nie mówiąc już o setkach zdjęć zachomikowanych w komputerku. 
Niby są, ale zaglądanie do nich jakieś takie samotnicze, rzadkie i bez magii.






Teraz mam swój własny, prywatny, profesjonalny album i przyznam się Wam bez bicia, że jest to rzecz warta zachodu, odrobiny pracy i umysłowej fatygi.

Na początku biłam się z myślami jaki temat sobie wybrać. Najłatwiej byłoby mi taki fotoalbum poświęcić jednemu wakacyjnemu wyjazdowi, w końcu zdjęć z czarownych miejsc nie brakuje, ale jak tu wybrać; ten, a może ten, nie...,  poddałam się.

Wymyśliłam sobie taki pamiętnik, szkicownik całego życia, fotki z ważnych momentów, zapamiętanych zdarzeń, chwil i miejsc, które wydają mi się najcenniejsze.









Dodatkowo postanowiłam wykorzystać okazję, i "oddać do druku" ha, ha, moje wierszyki, rymowanki. 
Piszę sobie czasami taką poezję przez bardzo małe "p", miłość do Brzechwy, Tuwima, Gałczyńskiego i innych wielkich jest u mnie trwała i wyraźnie wpływa na moje postrzeganie świata.

Mogę z dumą powiedzieć, że teraz pierwszy tomik wierszy mam wydany i kiedyś tam wnuki będą mogły powiedzieć, że z Babci Małgosi to jest całkiem sensowna poetka.








Nie macie pojęcia jaką przyjemność daje takie komponowanie swojego albumu. Ja przez dwa dni byłam stracona dla świata, totalnie przeniosłam się do krainy setek zdjęć, skanowałam (sporo zdjęć miałam tylko w postaci odbitek, szperałam wśród albumów Rodziców.
Świetny jest ten program Fotojoker, z którego korzystałam tworząc swój fotoalbum, ma się do dyspozycji, w moim przypadku 26 białych, czystych kart albumu + strony okładek i... szalej dusza, piekła nie ma.
Bardzo wygodne opcje do wykorzystania, przebogaty wybór kolorów, tła, układów zdjęć czy treści.  Wszystko w rękach autora, możemy zrobić prawie wszystko, co nam się zamarzy.

Zaprojektowaną przez siebie, gotową fotoksiążkę można odebrać w wybranym przez siebie punkcie CEWE (są w całym kraju wnajczęściej w galeriach handlowych) lub zamówić przesyłkę, do mnie moja przyszła w takiej kopercie:



Druk albumu mojego formatu, tj A4 w twardej okładce kosztuje 130 zł.
Tak więc taka fotoksiążka to genialna rzecz, bez dwóch zdań warta polecenia, ja w każdym razie już mam chrapkę na kolejną, a pomysł na nią już nie tylko mi świta, ale i przybrał już całkiem konkretne kształty.

Moją FOTOKSIĄŻKĘ CEWE  miałam przyjemność stworzyć dzięki portalowi Uroda i Zdrowie.pl




Pozdrawiam
Margaretka

piątek, 24 sierpnia 2012

Makijaż bez tajemnic Rae Morris, niezły album o technikach wizażu



Hej Dziewczyny!  



Udało mi się dostać iście babską książkę, właściwie to prawie, że album, pełen zdjęć profesjonalnie wykonanych makijaży.



Autorka, Rae Morris, uznana w świecie wizażu, skomponowała tę książkę, jako poradnik z instrukcjami, pokazującymi krok po kroku, jak wykonać i odwzorować dany makijaż.


Sporo tu też ciekawych sztuczek, sekretów branżowych i w ogóle podpowiedzi co do czego i z czym najlepiej i najkorzystniej się zaprzyjaźnić, jak dobrać wersję korzystną dla siebie, a omijać to co uroku nam na pewno nie doda.

Czytam sobie i czytam, okazuje się, że niby tajniki makijażu mam opanowane, a tu znajduję tak wiele nowinek, sztuczek, że przede mną jeszcze sporo nauki.



Fajne porady dotyczą aplikacji cieni, różów i bronzerów, sposoby na otwarcie oka, optyczną korekcję kształtu kości policzkowych czy za małych ust, jakie barwy dobierać i w jakich jest nam najlepiej.









Dużo tu konkretnych instrukcji jak wykonać dany makijaż, krok po kroku i jakie tricki zastosować, aby efekt był maksymalnie dobry.







Nie wiem czy to niezbędnik czy jednak "zbędnik",  na pewno można się bez tej pozycji obejść, 
ale dla dziewczyn interesujących się technikami makijażu, na pewno to ciekawe,
 250 stronicowe kompendium wiedzy.o makeupie.


Moja Bardzo Kobieca Galeria dzisiaj gości francuską malarkę Annick Bouvier. 

Zapraszam










Pozdrawiam
Margaretka

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

"Musimy porozmawiać o Kevinie", polecam tę książkę

Hej Dziewczyny!

Dzisiaj był Światowy Dzień Książki, trochę późno się zorientowałam, a to przecież też moje święto. 
Ja, zagorzała czytelniczka, bez książki niewyobrażająca sobie życia, muszę to święto uczcić choć jednym wpisem na moim blogu.

Wybrałam "Musimy porozmawiać o Kevinie" bo to powieść niesamowita, już sporo książek przeczytałam po niej, a ten thriller dalej siedzi we mnie, dalej zastanawiam się nad historią opowiedzianą przez Lionel Shriver.

Gdyby Polański chciał kręcić drugą część "Dziecka Rossmary", miałby już gotowy scenariusz.
Wiem, że książka została sfilmowana, oczywiście przez innego reżysera, w Polsce kina pokazywały ten film zimą, mnie on niestety umknął, choć i tak uważam, że nigdy film nie dorasta pierwowzorowi, więc na razie oglądanie odpuszczam i zaczekam na DVD.

Wracam do książki, to chyba najciekawszy thriller psychologiczny ostatnich lat.
Przedziwne macierzyństwo, dziecko, którego nie sposób kochać, pojąć, zrozumieć, wybaczyć a jednak ...
Perfekcyjny zapis kształtowania się mordercy, okrutnie zabijającego siedmiu swoich szkolnych kolegów.
Matka, Eva, wciąga nas w swój dziwny świat, jej oczyma widzimy jak rozwija się zło ?, szatan ? i jak to zło pożera całą rodzinę.
Wstrząsająca pozycja, pełna emocji, zwrotów akcji, niesamowicie wciągająca.
Fabuła wydaje się niemożliwa, wymyślona ale wydarzenia wokół nas pokazują, że taki Kevin czasem jednak przychodzi na świat.



Zdjęcie okładki książki nie jest moje, nie mam jej teraz w domu bo jest w czytaniu, kolejno gdzieś u moich przyjaciółek.

Czytałyście ? Co myślicie ?
Czytacie ? 
Przeczytacie ?    Namawiam !

Pozdrawiam
Margaretka