Obserwatorzy

poniedziałek, 16 marca 2015

GARNIER, Miracle Cream, o niepozornym niewiniątku, które nieźle mnie zaskoczyło


Krem czy podkład? 


Kiedy dowiedziałam się, że będę uczestniczyć w testowaniu nowego kremu od Garnier, owszem, byłam zaciekawiona jego właściwościami pielęgnującymi, ale jakiś Himalajów zaskoczenia się nie spodziewałam.
Streetcom.pl do swoich ambasadorów wysyła produkty dosyć ciekawe, przy tym takie, które dopiero debiutują na rynku. 
Tym razem oczekiwałam na akcję bardzo babską, skierowaną do, plus minus, wcale nie ryczących czterdziestek, a więc kobitek już dojrzałych, więc takich jak ja i większość moich koleżanek. 




Dostałam kremy wraz z próbkami dla moich pięknych koleżanek, wszystko pooglądałam z bliska i daleka, poczytałam co było do poczytania i dalej nie zdawałam sobie sprawy z jakim to fajnym gagatkiem przyszło mi się zapoznać.

Kartonik i kształt tubki sugeruje, że Garnier powiększa rodzinę swoich kremów BB, ale tu mamy do czynienia jednak z kremem pielęgnacyjnym o natychmiastowym działaniu. Tak przynajmniej, na pierwszy rzut oka wynika z opisów na opakowaniu. 
Takich kremów typu blur, z efektem natychmiastowego poprawienia wyglądu skóry i rozświetlenia trochę się u kilku znanych firm kosmetycznych ostatnimi czasy pojawiło.




Dopiero aplikacja na skórę wprawiła mnie w niezłe osłupienie. Krem po wtarciu w skórę zmienia kolor z białego na coś co jest podkładem? Kremem BB? Kremem CC?



Tylko jeśli tak, dlaczego producent na opakowaniu nie chwali się, że takie cudeńko mamy w dłoniach?

Uważam, że to błąd.
Konia z rzędem temu czy raczej tej z nas, która w drogerii zorientuje się z szaty graficznej, że ten krem jest niezwykły i rzeczywiście inny niż klasyczny krem pielęgnujący na dzień.



Pro-retinol
Witamina B5, B3 i C
Kwas lipidohydroksylowy LHA
Wyciąg z imbiru


Na opakowaniu mamy informację, że to produkt innowacyjny, ale taka wiadomość dla nas, klientek, już nie podnosi ciśnienia i nie powoduje u nas szalonego pędu do drogerii, bo teraz prawie każdy nowy kosmetyk opatrzony jest sugestią, że to totalne novum, totalna innowacja.

Jest informacja, że krem jest przeciwzmarszczkowy, że daje efekt natychmiastowej metamorfozy skóry, że posiada samodopasowującą się formułę.
Dopiero na samym końcu, małym drukiem dowiadujemy się, że jest ona wzbogacona o koloryzujące pigmenty.
Żadnego graficznego obrazka sugerującego, że to jednak koloryzujący kosmetyk. 
Szkoda, bo podejrzewam, że niejedna z nas, nie wiedząca, że coś takiego pojawiło się na rynku, najzwyczajniej w świecie po prostu pominie go podczas kosmetycznych zakupów.
Mam nadzieję tylko, że Garnier przeprowadzi sporą kampanię reklamującą te nowatorskie właściwości Miracle Cream.


A twierdzę, że naprawdę jest to wyjątkowo udany kosmetyk do pielęgnacji i makijażu.



Zachowuje się jak świetny, taki bardzo dobrze dopracowany krem BB, z tym że tu mamy jakieś prawie, że czarodziejskie, niewidzialne mikrokapsułki, które w kontakcie ze skórą uwalniają koloryzujące pigmenty mające idealnie dopasować się do każdego typu skóry. 




Na dolnym zdjęciu celowo pokazałam, że można osiągnąć sporą zmianę w kolorycie skóry, bo tu krem nałożony został w bardzo dużej ilości



Wypróbowałyśmy z koleżankami to dopasowywanie się do naszych, różnych, kolorystycznych typów skóry i rzeczywiście, czy na jasnej czy też na ciemnej karnacji, krem "pracował" na medal wpisując się w konkretny odcień, lekko go, nazwałabym to, przyzłacając i rozświetlając.
Te z nas, które mają skórę z gatunku tych trudniejszych, nie do końca były zadowolone z krycia, jaki daje ten krem. Większe niedoskonałości nie są skorygowane, to jednak nie jest produkt dla wszystkich.
Ja, posiadaczka dosyć śniadej skóry, o minimalnych defektach, jestem nim zachwycona. 
Również właściwości pielęgnujące i dające natychmiastową poprawę jędrności i w ogóle gładkości, widzę za każdym porannym użyciem kremu.
To obiecywane w opisie kremu natychmiastowe działanie - poprawa elastyczności, nawilżenie, spłycenie lub redukcja zmarszczek faktycznie działa. 
Moja skóra nabiera świetnego, bardzo przeze mnie lubianego, rozświetlonego, zdrowego, wypoczętego wyglądu. Nazwałabym to efektem lekkiego, bardzo subtelnego fluidu, choć na pewno nie możemy spodziewać się zupełnego niwelowania jakiś mocniejszych przebarwień czy większych niedoskonałości. To raczej takie wyrównanie kolorytu skóry i to wyjątkowo ładnego oraz nadanie jej blasku, który odejmuje skórze lat.
Mnie ten krem pasuje już teraz i od jakiegoś czasu codziennie go z przyjemnością i zadowoleniem używam, niektóre koleżanki przymierzają się do niego za miesiąc, dwa, jak trochę "obsmurczą" buzie na słońcu. One twierdzą, że to ideał na lato, bo wyraźnie daje świetne nawilżenie i wygładzenie, lekki i naturalny efekt, a uroda skóry jest znacznie poprawiona i skorygowana.

SPF 20
Nowy krem Garniera, Miracle Cream ma 50 ml pojemności, cena około 35 zł, ale teraz, w Rossmannie widziałam go w promocji. 
Jeśli tak jak ja lubicie lekkie kremy BB i CC, proponuję bliżej zapoznać się z tą nowością Garniera. 
Moim zdaniem to bardzo udane połączenie świetnej, błyskawicznej pielęgnacji, szybkiego wygładzenia skóry i efektu ładnego, zdrowego odcienia. Teraz, kiedy przed nami wiosna i lato, ten krem jest po prostu stworzony do codziennego, lekkiego i naturalnego makijażu.


Pozdrawiam
Margaretka

wtorek, 10 marca 2015

Nigdy nie mów nigdy, głupia




Ten lakier wpadł mi w ręce niedawno i w pierwszym momencie pomyślałam, że w życiu trzeba mieć pecha, żeby z wielkiej gamy kolorów przypadł człowiekowi właśnie ten.
Ostatnio na co dzień na moich dłoniach goszczą kolory stonowane, zgaszone, ale konkretne. 
Ponieważ lubię skrajności, najczęściej u mnie bielą się różne pobielone jasne jasności i na zmianę ciemne szarości, grafity, zszarzałe granaty i czernie.
Nawet wrzos z lawendą, bywa że się zafioleci, ale żeby kobalt?

Jeśli miałabym wybrać dwa najbardziej nielubiane przeze mnie kolory to byłoby to bordo ( taka ciemna wiśnia, która wpadła w zagon buraczków) i właśnie ten ponoć królewski błękit - kobalt.

Nie ma opcji, dla mnie niby ciemny, niby żywy, ale jakiś taki nachalny jest ten odcień niebieskiego.
Kojarzy mi się z uroczymi płaszczykami i sukienusiami Królowej Elżbiety i kostiumikami pewnej pani premier pewnego europejskiego kraju, a jeszcze bardziej z zawartością garderoby szołbiznesowych dam w wieku gdzie botox i skalpel orze jak może, a i tak już nie może, które co rusz biegają na lancze i party w bardzo filmowym i gorącym Hollywoodzie.

Nie mam ciucha w tym kolorze, ba, nie mam nawet dodatku. Mam lakier i wiecie co? Patrzyłam na niego, patrzyłam, z myślami się trochę pobiłam, pomyślałam, raz kozie śmierć i.... machnęłam całe dziesięć płytek co na końcu palców na lakier jakiś czekały.


Sam lakier jest całkiem fajny, bardzo wygodny (dla kogoś, kto lubi, ja tak) szeroki pędzelek, lakier przyzwoicie szybko schnie.
Ponieważ jako podkład na płytkę paznokcia nakładam odżywkę - utwardzacz (również jako wykończenie, wierzchnią warstwę), nie potrafię powiedzieć, czy barwi paznokcie, ja w każdym razie po zmyciu zmywaczem mam paznokcie czyste, bez przebarwień.
Z utwardzaczem lakier wytrzymuje okrągły tydzień, a wierzcie mi, nie leżę sobie i nie pachnę, tylko dzielnie, w pocie czoła, macham rękami przy tym i owym.


Durny człowiek i uparty jak ten osioł. 
Gdyby nie lakier do testów, w życiu bym tych całkiem ładnych pazurków nie miała. Lakierów i kolorów ci u mnie dostatek, a ja już któryś raz sięgam teraz po ten niby nielubiany kobalt od Eveline.


Nawet o dodatkach zaczęłam myśleć, bo na ciucha to jednak, bez przesady, chyba nie postawię.

To znaczy czym się bardziej przyglądam, tym bardziej ta moja niechęć do kobaltów ulatuje, może jednak?
Popatrzcie, co myślicie?


REBECCA TAYLOR     Balmain    lato 2015

Torby i torebki? No nie wiem czy bym się zdecydowała.




Baleriny uwielbiam, co roku zdzieram par co nieco, bo biega się na co dzień w nich najlepiej pod słońcem. Pewnie jak siebie znam, jeśli będę kupowała to i tak ręka sięgnie mi po jakąś zdechłą mysz (mówię o kolorze), ale namiary zaczynam mieć na może ten:






Te sznurowane, moje klimaty, już je widzę na stópkach, do długich spodni, ale zobaczcie, wybrałam te buty, bo tu kobalt jakoś tak złagodniał, wyszlachetniał, choć może nie, wręcz przeciwnie, przykurzył się i wypłowiał raczej. Ale i tak jest cudnie.

Tyle o kolorze, o którym mówi się, że ma być jednym z hitów nadchodzącego sezonu wiosna-lato. Tylko, że jedno mówią i piszą kreatorzy, a drugie robi ulica czyli my. Ciekawe jak będzie.

Pozdrawiam
Margaretka


sobota, 7 marca 2015

BLOGOSFERO - bądźmy ludźmi nie ludziskami

To nie jest kij w mrowisko



Zawsze miałam nadzieję, że takiego postu nigdy nie napiszę. Tym razem jednak zaparzyłam sobie spory kubek kawy, rozsiadłam się wygodnie i .....

Nie lubię być pouczaną, jak ma wyglądać blogosfera, jaki kolor ma mieć czcionka i czy zdjęcia maja być takie czy owakie. Nie miałabym też odwagi pouczać, uważam, że blogowanie to jedna z nielicznych niszy (ale wielce przepastna) naszej egzystencji, w której jesteśmy paniami/panami naszych pomysłów, zachcianek, sposobów wyrażania siebie, a przede wszystkim naszych gustów.

Co jakiś czas trafiam na posty sfrustrowanych chyba życiem blogerek, które w potoczystych słowach krytykują takie i inne zjawiska w tym naszym światku.
Dają nie znoszące sprzeciwu recepty na prowadzenie dobrego bloga, tak jakby one w ogóle istniały. To można, a tego już nie.  
A przecież blog to cząstka nas samych, tu nam nikt nic kazać nie może, tylko od nas powinno zależeć na co kładziemy nacisk, co jest dla nas zajmujące, a co obchodzi nas jak zeszłoroczny śnieg. 
To jest nasza przestrzeń i dopóki nikogo nie obrażamy i nikomu nie robimy krzywdy, możemy ją kreować tak jak nam w duszy gra.

Nie pamięta wół jak cielęciem był

Wszystkie kiedyś zaczynałyśmy przygodę z blogowaniem i niech mi któraś z Was, Dziewczyny powie, że teraz, jak jest już bardziej okrzepła w tym świecie, początków nie wspomina z mieszanymi uczuciami. 
Pamiętam jak zazdrościłam innym blogom, że mają już tyle obserwatorów, nie zdawałam sobie  wówczas sprawy, że ilość wcale nie przekłada się na jakość.
 Nie zdawałam sobie sprawy, że na pozyskiwanie wiernych czytelniczek sposób jest jedyny - bardzo mozolny i wymagający sporej dozy szacunku i dużo, dużo miłej, wciągającej, ale jednak pracy. 
Że rozdania/konkursy to kupowanie obserwacji na chwilę. A już oburzanie się na tych, którzy po zakończonym konkursie rejterują z danego bloga to już zupełna perfidia. 
Przecież obie strony grają tu w grę, której na imię interes.
 Jeśli organizujemy konkurs z dobrego serca, z przyjaźni dla czytelników, nic nam po takich interesownych obserwatorach, jeśli jednak robimy to dla zwiększenia zasięgu, musimy liczyć się, że są też inni, którzy liczą jedynie na jednorazowe szczęście - zysk/nagrodę.
Pozwólmy też młodym stażem blogerkom/om na te denerwujące komentarze typu "super blog..... i własny adresik" lub "może poobserwujemy", te z głową na karku same dojdą do wniosku, że nie jest to optymalna metoda na zawieranie blogerskich przyjaźni. Te niecierpliwe, albo za cwane po prostu i tak odpadną po drodze.

Są gusta i guściki

Nie krytykujmy za kolory tła, czcionki, migające i pulsujące kursory i gwiazdki, za obowiązkową muzykę w tle, podejrzewam, że dla autorek tych i innych gadżetów to akurat zajawka na taką estetykę, a przecież znacznie mądrzejsi od nas już dawno ustalili, że o gustach się nie dyskutuje.
Zresztą na to, żeby nie katować się czymś, co obraża nasze wysublimowane poczucie piękna, jest jeden sposób - wyjście z tego bloga. 
Ręczę, że ktoś, kto ma łeb na karku, szybko dojdzie do wniosku, że przymuszanie innych do czerpania wątpliwej przyjemności ze słuchania jego ukochanego kawałka jest bezcelowe, a bywa, że i nieopłacalne.

Ciasno w głowie, przestronno w gębie

Błagam, nie piszmy recepty i nie komponujmy kształtu, schematu i wyglądu posta innym. To jest dla mnie najbardziej wkurzające. Wymądrzanie się co poniektórych z nas, chyba jednak niesłusznie uważających się za alfy i omegi jest na szczęście marginalne, niepotrzebnie jednak psuje krew i humor. 
Sugerowanie jaki ma być plan recenzji, co ma być na początku, a czym zakończyć post, jaki rodzaj zdjęć jest odpowiedni, a jaki nie, świadczy o małostkowości i marnej wyobraźni krytykantki/ta.
I nie chodzi mi tu o porady, podpowiedzi, jakieś przemyślane rady, bo to dla każdego mądrego człowieka jest cenne i rozwijające.
Przecież siłą i cechą blogosfery, która jest ceniona przez wszelkie sformalizowane portale, a nawet gazety, jest jej niepowtarzalność, oryginalność i nietuzinkowość. 
A ta siła tkwi właśnie w poszczególnych, pojedynczych blogach. Czym bardziej pomysłowe, nieszablonowe, żeby nie powiedzieć odjechane posty i wpisy, tym blogosfera bardziej będzie tętniła życiem i więcej osób spoza środowiska będzie tu wpadało.

Pecunia non olet

Proszę, nie krytykujmy i nie pogardzajmy tak zwanymi współpracami. 
Jeśli naszą ambicją jest ignorowanie, powiedziałabym nawet, brzydzenie się podarkami  do testowania i omijanie ich dużym łukiem, to nasza sprawa. Mamy wolny wybór, na szczęście nikt tu nikogo do niczego nie zmusza. Nie zmusza bloger, nie zmusza klient. Ba, żeby blog stał się łakomym kąskiem dla zleceniodawców musi się czym jednak wykazać, poziom takiego bloga musi po prostu czymś urzec.
A oburzanie się na to, że ktoś w zamian za mniej lub bardziej cenny produkt zrecenzuje go na swoim blogu trąci mi tu jednak odrobiną zazdrości. 
W grę może też wchodzić idealizm. Ta pobudka jest godna szacunku i ja ten szacunek mam, ale proszę też o szacunek dla innego postrzegania funkcjonowania w blogosferze.
Proszę, nie wypisujmy, że ktoś się sprzedał, chyba, że za sprzedaż uważamy powodzenie i przedsiębiorczość, zapłatę za pracę, czy nawet fart. Nie rzucajmy wielkich słów, nie obrażajmy się nawzajem.
Nie nakazujmy innym, żeby recenzje były bezstronne bo one muszą być właśnie "stronne". Wszak za naszą oceną stoją nasze oczekiwania, nasze wyobrażenia, często też nasze priorytety.

W blogowaniu jesteśmy sobie sterem, żeglarzem, okrętem i niech tak zostanie. 
Niech inni żeglarze pilnują swoich sterów, a jeśli nasze okręty spotykają się na tym blogowym oceanie, wpadajmy do siebie z wizytą i miejmy dla siebie przyjaźń, sympatię, a w odwiedzinowym prezencie dobre słowo. 


Czego sobie i Wam, Kochane/i życzę


Margaretka


środa, 4 marca 2015

Pobajam Wam o bajaderkach




Opowieść pana Herbaczyńskiego


Ponoć, jak mówią obeznani w temacie, bajaderki to dobre były u znanego i zacnego warszawskiego cukiernika , pana Gajewskiego, przed wojną.  

Był to smakołyk studentów, szczególnie tych biednych, którzy ostatnie grosiki zamiast na obiad, na te właśnie bajaderki oddawali, bo jak mówili wtajemniczeni, były smaczne i pożywne.
Pan Gajewski robił te bajaderki na kruchym spodzie, a masa ze ścinek ciast i tortów różnorakich z dodatkiem masy maślanej robiona była, wszystko to kuwertura, czyli czekolada z bloku jako polewa wykańczała. Krojone w duże kwadraty, ważyły i ponad sto gram.

Jak poszła fama po mieście, że bajaderki pomagają w dobrych wynikach w nauce, a i w miłości też niosą pomoc i niejednego od miłosnej tragedii uchroniły, wnoszone do cukierni tace z tymi ciastkami szybko pustoszały.


Ładne to. Od razu taka nasza dzisiejsza, okrągła bajaderka też wydaje się bardziej godna szacunku. 
No bo co, jeśli kochać po niej będziemy mocniej, albo nasz najmilszy jeszcze bardziej zakochanym okiem spozierać na nas będzie? Czyż nie warto spróbować?
Wszak stare, ale jare przysłowie mówi - "Kto zjada ostatki, ten jest piękny i gładki".

A bajaderki właśnie z tych skrawków, ostatków robimy. 
Zeschnięte kawałki ciast, wczorajsze drożdżówki, wszystko na co już niechętnym okiem spozieramy (poza częścią z kremem), po prostu odłóżmy, nie wyrzucajmy. Po wyschnięciu damy im nowe życie, nowy smak, ciacho na medal.



Moja wersja trochę różni się od standardu, poza kawałkami ciast i ciasteczek do bajaderek dodaję jeszcze płatki owsiane i jęczmienne. Z suchych składników dodałam jeszcze zmiksowane pestki dyni i nasiona chia, ale równie dobrze mogą też być orzechy, migdały itp.

Możemy to pokruszyć ręcznie, a jeśli chcemy szybko i miałko, to proponuję zmiksować to blenderem/malakserem.

Teraz czas na coś w rodzaju płynnej "czekolady"
Na około 1/2 kg suchych składników w rondelku podgrzewając, ale nie gotując rozpuszczamy:
1/3 kostki masła/margaryny
1/3 szklanki mleka
1/3 szklanki cukru
3 łyżki kakao

Suche łączymy z mokrym, dodajemy 3-4 łyżki dżemu, ja dzisiaj dodałam powidła śliwkowe, "gram" lub dwa rumu, rodzynki, i wszystko mieszamy i wyrabiamy na dosyć ścisłą masę.
Masa ma być taka, żeby z łatwością można z niej robić kule. W razie czego, za rzadką zagęszczamy rozkruszonym herbatnikiem, a zbyt twardą dodatkową łyżką dżemu.



Kule otaczamy w kokosie, startych na pył herbatnikach lub mielonych orzechach/pistacjach.






Teraz to już tylko filiżanka kawy i chwila spokoju z książką, co ja poczyniłam i bardzo szczęśliwa byłam.




Wiem, że w marcu może być jak w garncu, ale bez przesady, u mnie dzisiaj rano jest tak, trochę to już nudne.




Pozdrawiam
Margaretka

czwartek, 26 lutego 2015

Philips Blender ręczny HR1672/90, blendowanie, miksowanie, w mig się dzieje Drogie Panie


Tak mi się ostatnio składa, że siedzę w tej kuchni i siedzę. To znaczy nie żebym świata poza pichceniem nie widziała, tak źle to ze mną jeszcze nie jest. Ale na blogu w tematy okołokuchenne wpadłam jak śliwka w kompot, o kurczę, znowu żarcie, widzicie same.

Przechodzę już do rzeczy czyli do bohatera dzisiejszego postu.
Mam przyjemność, jako testerka marki Philips, zaprosić Was, Moje Drogie do przyjrzenia się bardzo sprytnemu ustrojstwu.

Tego blenderka mam od przeszło miesiąca, szaleję z nim miksując to i owo,.... i bez dwóch zdań mogę stwierdzić, prawie że autorytatywnie, iż udała się ta bestia Philipsowi, nie ma co!

Blenderów było już w mojej karierze kuchennej i podkuchennej kilka, nie wyobrażam sobie karmienia mojej rodziny bez takich pomocników, bo co jak co, ale życie trzeba sobie ułatwiać, nie mówiąc już o uprzyjemnianiu.
A jest niewątpliwie ten blender bardzo udanym urządzeniem miksującym, rozdrabniającym, przecierającym czy mieszającym. 



Zresztą jego wielofunkcyjność w połączeniu z niedużymi wymiarami i łatwością przechowywania w niewielkiej szufladzie zasługuje na podkreślenie.
Pewnie wpadnie Wam też w oko jego wygląd, żeby nie powiedzieć - uroda. Dopracowana ta bestyja jest w każdym szczególe, połączenie stalowych części z wysokiej jakości czarnym tworzywem sztucznym, moim zdaniem, dało super efekt. 

Muszę koniecznie napisać o łączeniu poszczególnych elementów, bo składanie i rozkładanie to też rzecz warta uwagi. Jeszcze nigdy nie miałam tego typu urządzenia, które tak łatwo i z taką precyzją można łączyć. Wszystko idealnie przemyślane, nic się nie zacina, nic nie wymaga jakiejś siły, wszystko dopracowane, dopasowane i zgrane.








Teraz słów niemało o tych właśnie końcówkach.
Mamy tu do dyspozycji kilka oddzielnie działających i pozwalających na bardzo wygodne tworzenie dań prostych i tych bardziej skomplikowanych:

-  metalową miksującą końcówkę, coś w rodzaju pałki z nożykami, chyba najczęściej przeze mnie używaną, bo świetnie sprawdza się przy wszelkiego typu zupach – kremach, owocowych musach, pastach,


-  rozdrabniacz z pojemnikiem, też rzecz genialna i bardzo ułatwiająca życie, bo w kilka chwil gotowy mamy na przykład farsz do pierogów czy pastę rybną lub twarogową, świetny do szatkowania cebuli, przerabiania na miał suchych płatków owsianych, orzechów, dał radę nawet laskom cynamonu, więc mam teraz zawsze na świeżo mielony cynamon,


- końcówka do ubijania, właściwie klasyczna trzepaczka, która w mig ubije biszkopt czy ciasto do naleśników, ale też bezproblemowo z serka i galaretki owocowej zrobi pyszny sernik na zimno.




W komplecie jest też estetyczny  pojemnik – dzbanek z miarką, praktyczny i funkcjonalny, w nim właśnie możemy blendować, byleby nie za gorące składniki (do 80’C).


Noże są genialnie ostre, myk, myk i to co zadałam blenderowi do zrobienia jest rozdrobnione, duża moc ma tu też swoje znaczenie.
 Przycisk z funkcją turbo umożliwia płynne przechodzenie od, prawie że delikatnego  miksowania do prędkości rzeczywiście bardzo dużej, takiej na maksa, gdzie łatwo jest uzyskać idealną gładkość miksowanej czy rozdrabnianej potrawy. Wszystko to trwa krótko, płynnie, a co też ważne, mając cały czas palec na przycisku idealnie panujemy na pracą danej końcówki.

Kilku potrawom zrobiłam zdjęcia, ale możliwości są naprawdę przeogromne. 

 Pamiętacie z dzieciństwa tartą marchewkę z jabłkiem. To była moja ulubiona i często przez Mamę robiona ciapka-papka jako zdrowy, witaminkowy deser. Do dzisiaj ją lubię, ale niestety tarcie ręczne skutecznie mnie odrzucało od niej. Teraz zobaczcie, kilka sekund i mam.


Hummus jest u nas w domu częstym smarowidłem do kanapek. Pisałam o nim kiedyś w poście, teraz tylko przypominam Wam o jego istnieniu.


Staram się nie kupować gotowych past. Zrobienie samemu smacznego, małego co nieco, to sekund naście, no dzieści. Tym razem twaróg, śmietana, rukola, roszponka, zielona cebulka i rzeżucha i na śniadanie można kromki razowego chleba pomaziać czymś nietuzinkowym.


Moja ukochana zupa-krem z dyni. Mam w zamrażarce kilka porcji dyni, zresztą to tylko przykład, bo z zupami-kremami jest jak z ciuchami. Komponujemy, zestawiamy, łączymy składniki i właściwie bez końca można gotować coś innego.




Podejrzewam, że teraz częściej będę wpadała tu z jakimiś smakowitymi daniami, taki blender w końcu zobowiązuje. Zresztą i frajda z pichcenia jakaś taka większa, co Wam niniejszym uprzejmie donoszę.

Pozdrawiam
Margaretka

wtorek, 17 lutego 2015

Mam zakwaszony organizm, więc kiszę żeby nie skisnąć

Dzisiaj będzie kwaśno jak diabli.  


Grzechów głównych całkiem sporo

O tym, że mam zakwaszony organizm jestem w 100% pewna. Dzielnie na to pracuję, bo popełniam sporo grzechów dietetycznych. Nie potrafię odmówić sobie słodyczy, za tortowe ciacho z kremem sprzedam własnego Ślubnego, no teraz to trochę przesadzam, jego zostawmy w spokoju.
Nie raz, nie dwa kusi mnie świeża, chrupiąca bułeczka z bielusieńkiej, pszennej mąki, czekolada to moja bardzo bliska przyjaciółka, i to wcale nie ta gorzka, teoretycznie jeszcze o tyle, o ile zdrowa.
Kawy może nie spijam hektolitrów, ale dwie, trzy filiżanki dziennie koniecznie zaliczam.
Znalazłoby się jeszcze sporo na sumieniu, wliczając w to fajeczki. W dziedzinie stresowania się czym bądź też jestem sporym fachowcem, więc zakwaszam sobie ten mój biedny organizm systematycznie i bardzo efektywnie.

Przyznajcie się Moje Drogie; też nie jesteście aniołami w tym temacie? Mam nadzieję, że tak, bo zaraz człowiekowi raźniej w tej doli, niedoli.

Objawy się objawiają


A wiecie jakie są pierwsze objawy zakwaszenia? To wzdęcia, zgaga, bóle stawów, ciągłe zmęczenie, wyczerpanie, bóle głowy, wysypki skórne, trądzik, świąd, wypadanie włosów, ogólna nerwowość, ociężałość. 
Bywa też, że występują migreny oraz bóle stawów i mięśni. Ponieważ nadmiar kwasu w organizmie spowalnia trawienie i wydalanie szkodliwych substancji trudniej schudnąć.


Ja tu sporo objawów już dostrzegam, więc za bardzo nie mam na co czekać.

Kapusta mi się kisi

Ten post nie ma być w założeniu żadnym poradnikiem co jeść, aby z zakwaszeniem walczyć.
Chcę tylko zwrócić Wam uwagę na jeden aspekt diety odkwaszającej, mianowicie na wszelkie produkty kwaśne, w szczególności na te kiszone.
To, że cytryny czy limonki są na głównej liście produktów odkwaszających to pewnie wiecie.
Produkty kiszone też są jak lekarstwo na walkę z zakwaszeniem organizmu.
Jeśli tak to trzeba działać.
Nie kupujemy w sklepach! Tam najczęściej kupujemy produkty zakwaszone nie kiszone, a przecież tego nie chcemy.

I tu jest sedno mojego dzisiejszego z Wami spotkania.
Proponuję, co więcej, gorąco Was namawiam do własnoręcznego kiszenia tego i owego.
Ja tak się już wciągnęłam, że pół kuchni mam zastawione bonclokami (tak wdzięcznie i nietuzinkowo u mnie w Beskidach nazywa się kamionkowa beczułka do kiszenia np kapusty, ogórków).



Poza właśnie ogórkami, które w słoikach kiszę latem, wszystko inne na bieżąco, przez cały rok.
Wcale to nie jest pracochłonne, a smakuje bosko.

Kapusta kiszona



Ćwiartki główek wrzucam do malaksera i szatkuję. Potem zatrudniam Męża lub Młodą do gniecenia dłońmi z solą (tuptanie stopami to nie ta ilość i nie te czasy), dodaję lub nie startą marchewkę, kminek i ugniatam w beczułce. Trzy, cztery dni i można szamać.

Barszcz z kiszonych, czerwonych buraków, a dokładniej
zakwas na barszcz




Samo zdrowie, uwielbiam go pić prawie że prosto z beczułki, ale też barszcz przygotowany na takim zakwasie to mistrzostwo nad mistrzostwami.
Do beczułki wrzucam pokrojone w kawałki buraki,  marchewkę, pietruszkę, kawałek selera, kilka (ja dużo) ząbków czosnku, przyprawy (kminek, biała gorczyca, ziele ang. i liść laurowy), zalewam posoloną, przegotowaną, gorącą wodą i gotowe.
Tu na efekt czekamy z 10 - 14 dni.

Zakwas na żurek, biały barszcz, zalewajkę z żytniej mąki



Do kamionkowego dzbanka - kufla wlewam lekko osoloną, przegotowaną, ale zimną wodę, dodaję 3-4 łyżki mąki na żurek, łyżkę otrębów żytnich, ząbek czosnku, mieszam trzepaczką i gotowe do odstawienia w kącik. Można gotować żurek/zalewajkę już po 5-7 dniach.

Ocet jabłkowy



i ocet jabłkowy zlany do butelki



Równie genialnym odkwaszaczem jest ocet jabłkowy. 
To już nie kiszonka, ale ocet. Proces fermentacji uzyskujemy dzięki obecności cukru.
Internet jest pełen przepisów na niego, więc ja tylko wrzucam zdjęcia. 

Na koniec zdjęcie zrobione przed momentem. To mój dzisiejszy obiad - talerz zalewajki, oczywiście na moim zakwasie,
znacie ten smak?




Pozdrawiam
Margaretka


piątek, 13 lutego 2015

Olej (oliwa) sprawiedliwa, zawsze na wierzch wypływa

Inspiracją do dzisiejszego postu są trzy olejki, 
które do przetestowania dostałam od firmy Vivio:

olejek z drzewa herbacianego

olejek z dzikiej róży
olejek marchewkowy




 Lepiej zdrowiej niż .....

Zdrowy, nazwijmy to naturalny sposób funkcjonowania (życia) kusi nie tylko mnie.
Nawet nie czytając zbyt dużo popularno-naukowych poradników i kompendiów wiedzy o tym i owym w temacie jak pędzić żywot w zdrowiu i urodzie, a nie paść się wszechobecną chemią, intuicyjnie czujemy, że lepiej, na przykład, jeść produkty maksymalnie proste, nieprzetworzone, niż takie, gdzie skład to lista dłuższa niż najdłuższy skład Pendolino. 
Już dawno dotarło do mnie, że rano kromka razowego chleba z masłem i miodem musi wygrać z napuchniętą od polepszaczy smaku parówką z nawet najbardziej dosmaczonym keczupem, nie mówiąc już, z ubitym na sztywną, gładką masę kremem majonezowo-chrzanowym, brrrr.
W kuchni, w temacie ekologia, natura czy makrobiotyka czuję się stosunkowo dobrze, bezpiecznie. Pewnie, że stosuję tu zasadę złotego środka. Nie jestem fanatyczką, pilnuję, żeby raz za czas rodzinka piła własnoręcznie kiszony barszcz z czerwonych buraków, ale też 2-litrowa butla Coca-Coli potrafi w mig zniknąć w naszych brzuszyskach. Ważne, żeby tych zdrowych produktów i posiłków było znacznie, znacznie więcej niż tych paskódfoodów.

Ach ten przepastny, kosmetykowy rynek

Trochę gorzej jest u mnie z kosmetykami i całą pielęgnacyjną działką mojego funkcjonowania i walki o urodę i... jakby tego nie nazywać, zachowaniem młodości, ha.
Tu nie czuję się bezpiecznie, bo tu nie mam zbytnio dużo wiedzy i władzy. 
To znaczy mogłabym mieć i zacząć studiować chemię, ale z chemii zawszę byłam nogą i niespecjalnie wierzę, że to się teraz zmieniło. 
Nie mam też takiego samozaparcia, żeby używać na przykład kawałka węgla do przyczerniania brwi czy regularnie płukać włosy w własnoręcznie nazbieranym i zaparzonym rumianku - najzwyczajniej w świecie mi się nie chce, a jak nawet mi się zachce to bardzo rzadko.
Pewnie, że tak byłoby bezpieczniej i znacznie bardziej eko, ale marki, firmy i produkty kosmetyczne kuszą mnie jak cholera i wciąż wyciągam łapy po coraz lepiej pachnące, bardziej kolorowe i niewiarygodnie nowoczesne kosmetykowe ustrojstwa. Jedyne na co mam wpływ, to wybieranie kosmetyków bardziej naturalnych, z krótszym składem, jak się da, bezpieczniejszych. 

Naturalnie, że tak

Do takich właśnie można zaliczyć oleje i olejki.
Robią one już od dosyć długiego czasu niezłą karierę. Pokochałyśmy  je chyba właśnie za tę ich naturalność i gwarancję, że mamy do czynienia nie z całą tabelą polepszaczy, utrwalaczy, zapychaczy i wspomagaczy, ale mamy w tych olejach esencję, duszę prawie, serce jednej rośliny.
Oleje i olejki obrodziły ostatnio jak gruszki w sadzie dobrego sadownika, już nie tylko arganowy święci triumfy, ale mamy do wyboru i koloru (w odcieniach złota i bursztynu) znacznie więcej tych eliksirów młodości i zdrowej skóry.

Jedna buteleczka to jeden składnik. Koniec kropka.

Moje trzy; olejek z drzewa herbacianego, z dzikiej róży i marchewkowy są dla skóry zdrowe, bezpieczne, mają właściwości lecznicze, nawilżające, odżywiające. 
Są i lekarstwem i opiekunem. Są strażnikiem i ochroną.
Dbają, wygładzają, łagodzą i odprężają.


  Olejek z drzewa herbacianego:



antybakteryjny, dezynfekujący, odkażający.
Bardzo ładnie pachnie i jest antyseptyczny więc polubiłam go szczególnie jako dodatek do kąpieli stóp przed pedicurem. Ponieważ lekko wysusza koniecznie muszę po tym zabiegu pielęgnacyjnym dobrze nawilżyć stopy.

Olejek z dzikiej róży:



silny antyoksydant, olej młodości, spowalnia procesy starzenia, poprawia elastyczność skóry, wygładza zmarszczki i rozjaśnia przebarwienia.
Dla mnie boski, kocham go jako dodatek do kremu i balsamu, ale też używam go jako kompres na włosy.

Olejek marchewkowy:



moim zdaniem działa bardzo podobnie jak ten z dzikiej róży, też ładnie wygładza i nawilża. Dodatkowo, jako pełen karotenu minimalnie wyrównuje koloryt skóry o ton ją "opalając". Ja dodaję go do masełka shea lub kremu. Warty grzechu, a dokładniej wciągnięcia go na listę must have każdej dziewczyny, która nie lubi samoopalaczy, a chce troszkę zezłocić/zbrązowić skórę.

Jeśli tak jak ja, poza korzystaniem pełnymi garściami z kolorowego świata kosmetyków, zerkacie czasem w stronę marketingowo bardziej skromną, ale też bardziej stawiającą na naturę, warto dodać do ulubionych ten adres:


               Zdrowa żywność


Pozdrawiam
Margaretka