Obserwatorzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lakiery do paznokci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lakiery do paznokci. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 lutego 2016

Prestige Cosmetics, kolorówka część I, moje opinie, ceny, gdzie kupić




Szaro i buro za oknem? Niestety. 
Nie lubię dudrać i narzekać, wiem że ta pora roku ma być w  bielach i szarościach, i niech tak będzie. Czasem myślę sobie, że ta późna zima, czy wczesne przedwiośnie dlatego jest tak bezbarwna, z prawie zawsze ołowianym niebem nad głową (jeśli założymy, że biel, szarości i czerń to takie kolory na pół gwizdka) i, co tu dużo mówić, trochę przytłaczająca, żeby jak już zapachnie wiosną, jak się zazieleni i zapączkuje tu i tam, od razu móc wskoczyć na wyższy poziom szczęśliwości. Żeby cieszyć się bardziej, dostrzegać więcej, odczuwać silniej.
Na razie o wiośnie tylko można pomarzyć, kolorów możemy sobie szukać gdzie indziej, więc i szukanie ich wśród kosmetyków jest jakimś tam sposobem na chandry, deprechy, zwiechy i doły.
Postanowiłam, że dzisiejszy post trochę w kolorach właśnie będzie zanurzony. 
O kolorówce więc z Prestige Cosmetics słów trochę skrobnę, żeby, szczególnie tym z Was, które jej jeszcze nie wyłapałyście na rynku ciut markę przybliżyć.

Prestige Cosmetics to marka amerykańska, w naszych drogeriach jest już jakiś czas obecna, cenowo i jakościowo z marketingowego założenia ma to być marka premium, więc mówiąc niegórnolotnie to takie kosmetykowe górne strefy stanów średnich.



Dostałam do testów całkiem pokaźną porcję kosmetyków, muszę przyznać, że byłam pod wrażeniem. 
Popatrzcie jakie to wszystko pyszne. 
Trochę, absolutnie nie narzekając, jestem niepocieszona, że nie mając możliwości wyboru kolorów i odcieni nie wszystko jest  w "moich" kolorach, ale z kolei, jak niektóre poniższe przykłady pokazują, zdarza się i tak, że kolor, który był nie mój i nigdy bym go z palety nie wybrała, okazał się dla mnie boski.




Zaczynam od lakierów


Lakier do paznokci Prestige, Wonder Gloss 







Dostałam w dwóch delikatnych, lekko metalizowanych odcieniach.
Ten trochę jak stare złoto z rdzawymi refleksami to niestety nie moje klimaty, więc prezentuję go jako małe rozbicie szarych pazurków i tu moim zdaniem ślicznie gra, ale jak zobaczyła go moja mama, nie miałam sumienia jej go nie podarować. Tak świeciły się jej oczyska na widok tego koloru, że musiałabym być ostatnią, wyrodną córką, w dodatku chytruską.
Szarości, jak pewnie już nie raz pisałam, to jedne z moich ukochanych lakierów. Ten w dodatku jest tak nietuzinkowy i jedyny w swoim szaraczkowym charakterze, że najnormalniej w świecie po prostu go uwielbiam.
W dodatku już dawno nie miałam tak trwałych, doskonale znoszących wszelkie przeciwności lakierowego losu bestii na pazurkach. Po tygodniu, bez żadnego utwardzacza, jedynie z podkładem z odżywki musiałam zmyć ten lakier tylko z powodu widocznej już luki u nasady paznokcia.
Lakier jest taki dosyć "cienki", paznokcie mam na zdjęciach pomalowane odżywką + 2 warstwy Prestige, a po dokładnym wyschnięciu warstwa na pazurkach jest bardzo delikatna, wręcz widoczne są dalej jakieś nierówności płytki. Może właśnie dlatego lakier jest taki trwały bo idealnie przylega. Po używaniu ostatnio często lakierów żelowych, a więc wręcz mięsistych, mam tu pewien dyskomfort.
Pędzelek dosyć wąski, o idealnej sztywności, bardzo precyzyjny, lakier dobrze i stosunkowo szybko schnie - słowem polecam, tym bardziej, że cena nieprzesadzona - w Drogeriach Natura 15zł, w ekobieca.pl 11,50zł

Teraz czas na usta





Szminka Prestige Cosmetics ujędrniająca



Tu już nie będzie tak dobrze. Opakowanie mi się nie podoba, bo wybitnie skromne i niepozorne, a ja szczególnie w temacie szminka lubię mieć wrażenie, że trzymam w dłoni względnie luksusowy drobiazg. Tak mam, tu forma ma dla mnie duże znaczenie.
Nie jestem też zachwycona jakością samej pomadki. Jakaś taka bardzo przeciętna w każdym aspekcie - smak, zapach, stosunkowo duża twardość, efekt na ustach. Trochę lepiej jest z trwałością, ale to za mało. Na docenienie zasługuje też bogaty, korzystny dla właściwości ochronnych i pielęgnujących skład ( olej z pestek winogron, porzeczki, sezamowy oraz jojoba).
 Jak jej jednak używam, mam poczucie, jakbym używała taniej, przeciętnej szminki, kupionej za grosze, a cena około 20 zł nie jest przecież niska.



Błyszczyk Prestige Wonder Full





Tu rzeczywistość przerosła moje oczekiwania. 
Ostatnio niezbyt po drodze jest mi z błyszczykami, wolę szminki, a jeszcze jak zobaczyłam kolory, nie byłam wniebowzięta. Wydawały mi się zbyt jaskrawe. Opakowanie też dosyć skromne, choć muszę przyznać, że wygodne w tych swoich obłych kształtach.
Prawdziwy szok przeżyłam jak nałożyłam błyszczyk na usta. Wreszcie coś jest takie jak by się chciało, żeby było. Świetna, mocno gęsta konsystencja, pewnie że trochę lepka (jak to z błyszczykami bywa), ale za to nie zjada się szybko, błyszczyk jest taki konkretny, zdecydowany i zdecydowanie ponadprzeciętnie przylega do skóry ust.
Zapach i smak polubiłam od razu, bo kto nie lubi jak kusi i czaruje smak słodyczy?
Niebagatelny jest tu jednak obiecywany efekt powiększenia ust. Myślę, że jakieś znaczenie ma w tym temacie uczucie mrowienia, chłodzenia/grzania(?) po aplikacji na skórę, coś podobnego do efektu Carmexów.
Oczywiście, na szczęście, nie stałam się nagle posiadaczką ust glonojada, ale może faktycznie coś w tym jest i troszkę ten błyszczyk "pracuje".
Kolory na ustach są znacznie łagodniejsze i delikatniejsze niż w opakowaniu i to dla mnie kolejny, duży plus tych błyszczyków. 
Jestem nimi zachwycona, uwielbiam je i odszczekuję wszystkie moje niepochlebne słowa o błyszczykach - maziactwach na krótką chwilę. Te są świetne.
W Drogerii Natura 28zł, w ekobieca.pl 18zł



Cienie do powiek Prestige matowe





Opakowanie i tu nie powala. W ogóle muszę stwierdzić, że nie jest to mocna strona kosmetyków Prestige, a szkoda, bo niejedna z nas nie wiedząc nic o tych kosmetykach, kupując oczami, po prostu nie będzie miała ochoty po nie sięgnąć w drogerii.
Zwykłe, plastikowe, dosyć delikatne srebrne puzderko z przeźroczystym wieczkiem, które zresztą ma tendencje do rysowania się i tracenia początkowego blasku, nie jest mistrzostwem świata, natomiast jest bardzo wygodne w otwieraniu. Cień ma dużą powierzchnię, co bardzo lubię.
Same cienie, matowe, z subtelnie aksamitnym wykończeniem są bardzo fajne. Moje kolory, nie wszystkie trafione (błękit), ale w ogóle o odcieniach nie ma sensu tu się rozpisywać, bo w końcu każda z nas lubi coś innego, a zdjęcia pokazują to co najważniejsze.
Muszę tylko zwrócić Waszą uwagę na tę biel. Niby biała, a w kontakcie ze skórą powieki cień zaczyna pracować, delikatnie rozbrzmiewając jakimś efektem rozświetlającym, jakimś super subtelnym fioletowym refleksem.
Te cienie oceniam bardzo dobrze.
Trwałe, nie kruszą się i nie osypują, ładnie napigmentowane, nie maja tendencji do zbijania się w załamaniach i zmarszczkach skóry. Dobrze się nimi osiąga taki efekt jaki zamierzamy, bo świetnie się rozcierają, przechodzą odcień w odcień, łatwo można osiągać zamierzoną intensywność.
Pojedyncze cienie w Drogerii Natura cena 25zł, w ekobieca.pl 12,50zł, podwójne w ekobiecej 20zł.



Na dzisiaj kończę, ale na pewno jeszcze raz kosmetyki Prestige się u mnie pojawią, bo kilka całkiem ciekawych maluchów muszę Wam za jakiś czas pokazać, na przykład takiego oto osobnika:





Pozdrawiam
Margaretka

poniedziałek, 25 stycznia 2016

La Luxe. Garść recenzji komu? Bo idę do domu! II część






Tak jak obiecałam, zabieram się dzisiaj za poplotkowanie o kolejnych kosmetykach z kolorówki La Luxe.

Część opisałam w poprzednim poście tutaj, a ponieważ to marka, która się dopiero przebija na rynku, więc myślę, że warto jej poświęcić co nieco uwagi.
W poprzednim poście zgodziłyśmy się, że La Luxe to młodsza(?) siostra Eveline, sporo opakowań jest tu bardzo podobnych. 
La Luxe jest chyba ciut bardziej korzystna cenowo, choć nie wszystkie ceny poszczególnych kosmetyków potrafiłam znaleźć w necie, niektóre podaję orientacyjnie, tylko z jednego miejsca i być może promocyjne.


La Luxe Odżywka do paznokci 9 w 1
w Lidlu ponoć można ją kupić za około 6 zł



Tę odżywkę można używać jako podkład pod lakier, co ja właśnie ostatnio czynię, lub jako samodzielną, odbudowującą, wygładzającą i chroniącą warstwę na płytce paznokciowej.
Jeśli używamy tylko odżywki, na pazurkach mamy ładną, właściwie bezbarwną, z lekkim połyskiem warstewkę - efekt taki jaki daje rozbielony lakier bezbarwny. 
Moje paznokcie są w dosyć dobrej kondycji, w dodatku nie potrafiłabym egzystować bez jakiegoś kolorku, więc u mnie na tapecie jest tylko wersja podkładowa.
Odżywka rzeczywiści wyrównuje i wygładza płytkę, co jest zdecydowanie widoczne po nałożeniu lakieru. 
Już dawno żaden lakier tak ładnie mi nie lśnił i nie błyszczał jak teraz, kiedy pod lakier kładę tę odżywkę.
Producent obiecuje też regenerację, wzmocnienie i zapobieganie rozdwajaniu, nie powiem - ważna sprawa, jeszcze cenne jest też zabezpieczenie przed przebarwieniem płytki jakimś intensywnym kolorem, więc zalet ma ten maluch co niemiara.
Odżywka ma bardzo fajny, cienki pędzelek, dla mnie super, wygodny i precyzyjny.


Lakiery La Luxe   moje kolory jakie są, każdy widzi.
bywają w Biedronce, cena około 5 - 7 zł













Kolory dostałam na chybił trafił, ale osóbka, która kompletowała mój zestaw wyraźnie celnie trafia, bo cała trójka będzie bywała na moich pazurkach często.
Czerwień wiadomo, klasyka, a ta, lekko koralowa z pomarańczową nutą , teraz jedyna taka w moich lakierkowych zbiorach, więc jest świetnie.
Niebieski jest ostatnio mocno lansowany, tu i tam wieszczą mu jeszcze długą obecność wśród topowych barw. Ja do błękitów, niebieskich czy granatów czuję stałą, niezmienną sympatię.
I czarny. Na ten kolor już dawno ostrzyłam sobie pazurki, uwielbiam szarości, popiele, antracyty, grafity, i mam ich sporą kolekcję. Teraz jest i głęboka, lśniąca czerń.

O ich jakości powinnam właściwie tylko piać z zachwytu.
Biorąc pod uwagę naprawdę niedużą cenę i zalety, których nie da się nie zauważyć, namawiam Was bezapelacyjnie na małe zakupy.
Pędzelek super wygodny, niewielki, i na tyle sztywny, że właściwie można zaoszczędzić sobie podczas malowania płytki, malowania też skóry tam i ówdzie (mnie się to niestety często zdarza).
La Luxe szybko schną, i stosunkowo szybko przestają być podatne na zarysowania czy odciski.
Kolory bardzo dobrze kryją, ja z reguły nakładam dwie warstwy, ale na przykład, czarny lakier na zdjęciu został nałożony tylko raz.
Dla mnie jednak bezkonkurencyjny jest tu efekt błyszczenia się lakierów. Wydaje mi się, że w tej konkurencji nie wiem czy mają dużo lepszych od siebie zawodników.
Trwałość całkiem przyzwoita. 
U mnie z podkładem z odżywki, bez top coatu, w nienagannym stanie wytrzymują ze 3 dni, ja nie jestem lakieromaniaczką, lubię gdy lakier wytrzymuje z tydzień, więc najczęściej kładę jeszcze utwardzacz.



La Luxe Odżywka do rzęs
Cena odżywki około 11 - 12 zł.




To moje pierwsze spotkanie z tego typu kosmetykiem, więc nie mam skali porównawczej. 
Moje rzęsy nie są niestety rzęsami marzeń; długość i gęstość jest tak przeciętna, że każda poprawa będzie dla mnie sukcesem. Na razie więc używam i zaglądam łakomym okiem czy coś drgnęło w temacie "Rzęsy jak firanki".
Odżywkę można stosować na dwa sposoby i ja z obu skrupulatnie korzystam.
Po pierwsze nakładam ją na rzęsy wieczorem po demakijażu, ale też rano, przed nałożeniem tuszu na rzęsy.
Ten drugi sposób ma jeszcze dodatkowy plus. Odżywka nie tylko dba i pielęgnuje, ale też bardzo ładnie pogrubia i przedłuża rzęsy, więc efekt bardziej wypasionych rzęs po nałożeniu tuszu jest słodko widoczny. Tusz z podkładem z odżywki zachowuje się dokładnie tak, jak ten nakładany bez niej. Nic mi się nie kruszy, ani nie znika w trakcie dnia, a dwie pieczenie przy jednym ogniu w postaci regeneracji i zwiększania objętości, musicie przyznać, są warte uwagi.



Błyszczyk La Luxe  nr 11
W Lidlu w promocyjnej cenie bywa po 8 zł




Bardzo, bardzo jasny, typowy nudziak, dla bladolicych będzie świetny. Ja mam ciemną karnację, więc o jakieś dwa tony jest dla mnie za jasny. Daje dosyć ładny połysk, ale ja coś ostatnio odstawiłam błyszczyki. Ten też jednak lepi wargi, choć w kleistym aspekcie urody większości błyszczyków umieściłabym go w niskiej strefie stanów średnich.


Spotkałam się z informacją, że szafy z kosmetykami La Luxe coraz częściej można spotkać w niektórych Biedronkach i Lidlach. Widziałyście u siebie? 
Ponoć często bywają mocno przetrzebione.


Pozdrawiam
Margaretka

środa, 13 stycznia 2016

La Luxe, czyli ceny luksusowo łagodne, a cechy luksusowo godne I część





Dzisiaj mam w planie pokazać Wam garść kosmetyków kolorowych. Udało się mi je dostać dzięki wygranej w zabawie na fajcebookowym fanpage'u La Luxe.

Marka La Luxe na pewno niejednej  z Was jest już znana, bo o ile udało mi się dobrze ustalić, za moment stuknie jej roczek od czasu, jak jest dostępna w Polsce.
Ta francuska marka ma niezły adres - mieści się przy chyba najbardziej reprezentacyjnej paryskiej alei; Avenue des Champs-Élysées. 
U nas zawędrowała prawie że pod przysłowiowe strzechy, gości między innymi na półkach Biedronki i Lidla. 
Trafiłam na informację, że szafy z kosmetykami do make - up'u La Luxe są na razie w niektórych Lidlach. 
Biorąc pod uwagę wspólny adres z Eveline, podejrzewam że to jakaś bliska rodzina - może siostrzyce?





W przypadku La Luxe producent założył sobie, że przy całkiem przyzwoitej jakości kosmetyków nie przesadzi i nie będzie szalał z drenowaniem naszych kieszeni.
Przyglądając się z bliska kilku kosmetykom La Luxe nie mogę powiedzieć, a nazwa chciałaby sugerować, że oto mamy tu do czynienia z jakimiś luksusami, ale na pewno mogę powiedzieć, że z porządnymi, solidnymi, o zadowalającej mnie jakości.



Myślę, że krótki przegląd czas już zacząć, piszę krótki, bo cieszę się tymi kosmetykowymi cudeńkami od niedawna, więc nie wszystko jeszcze poznałam tak jak bym chciała. 
W dzisiejszym poście znajdzie się część.
 Te, o których sporo już mogę powiedzieć. Pozostałym kosmetykom muszę jeszcze dać trochę czasu na bliższą znajomość.



Tusz i kredkę do oczu dostałam w fajnym zestawie, ale pewnie w sklepach są sprzedawane osobno.

Tusz La Luxe Volume Lash Definer




Tusz polubiłam od pierwszego nałożenia na rzęsy. Świetna, niespecjalnie duża, a więc precyzyjna szczoteczka dociera idealnie tam, gdzie chcę by dotarła. Co dla mnie bardzo ważne, nie mazia grubo rzęs tuszem, raczej trzeba trochę popracować, ale za to rzęsy są wyraźnie wydłużone, a o jakiś grudkach czy sklejeniu nie ma tu mowy.
Jeśli byśmy oko przez moment potraktowały jak okno, to dzięki fioletowemu tuszowi  La Luxe mamy go w długich, lekkich firankach, a nie w grubych, ciężkich zasłonach.
Ponoć ma w swoim składzie składniki aktywne, które wzmacniają i odbudowują nasze rzęsy, ale to stwierdzę po jakim dłuższym czasie.
Ładna, nasycona czerń, żadnego kruszenia się w ciągu dnia, to kolejne plusy. Całkiem fajnie się zmywa.
Cena tuszu około 11 - 12 zł. 


Kredka z temperówką też jest niczego sobie. 



Ani zbyt miękka, ani za twarda, u mnie dobrze radzi sobie u nasady dolnych rzęs, nie rozmazuje się jeśli tego nie chcę, ale jeśli chcę, ładnie poddaje się roztarciu przez gąbkową pacynkę.
Zwróćcie uwagę na temperówkę wkomponowaną w zatyczkę na kredkę - super patent, bo temperówkę którą mam luzem wiecznie szukam w czeluściach moich makijażowych utensylii.



Szminka La Luxe Colour Instant nr 707




Pomadka w ładnym odcieniu pomarańczu. To niby dosyć trudny kolor, ale ten odcień nie dosyć, że absolutnie nie daje zębom żółtawych tonów (co niestety zdarza się w takich rudo - pomarańczowych kolorach), to jeszcze nie jest zbyt nachalny, powiedziałabym raczej pomimo intensywności jest zadziwiająco spokojny.
Bardzo odpowiada mi lekko matowe wykończenie. Ten efekt ładnie optycznie powiększa usta, czyni je bardziej pełnymi.
Szminka jest przyjemnie kremowa, a masło aloesowe zawarte w jej składzie ładnie wygładza i nawilża skórę ust.
Nie zjada się zbytnio, nie wysusza, naprawdę udana bestia.



Róż, La Luxe Satin Blush nr 03



Super, z nazwy brzoskwinia, ale taka gdzie odcienie różowe pięknie zgrały się i wymieszały z pomarańczowymi dając kolor twarzowy, dosyć ciepły. Róż jest bardzo aksamitny w efekcie, leciutko rozświetlający, ale nie ma tu żadnych błyszczących drobinek, więc jest świetny do całodziennego, naturalnego makijażu. Dobrze nakłada się go pędzlem, ma optymalne nasycenie, bo ładnie konturuje, ale nie robi z nas pisanki czy malowanej lali.
Wygodne, estetyczne opakowanie z dosyć sporą powierzchnią różu - dobrze się nakłada pędzlem.


Puder matujący La Luxe, mineralny w kamieniu nr 31




Tu za dużo nie napiszę, bo z pudrami matami nie całkiem mi po drodze, wolę takie z efektem rozświetlenia.
To co mogę powiedzieć, to że ten nie robi z twarzy maski, jest na tyle transparentny i jedwabisty, że fajnie kryje, a przy tym dobrze wtapia się w skórę. Wypróbowałam jego moc nakładając go tylko na bazę w postaci kremu nawilżającego i muszę przyznać, że spisał się dobrze. Ładnie wyrównał koloryt, delikatnie skorygował niedostatki skóry.
Uważam, że niespecjalnie udało się opakowanie. Niby w swojej prostocie wygodne i bardzo lekkie, ale nie radzę mieć go przy sobie w torebce. Nie domyka się za dobrze i myślę, że nie trzeba za bardzo się wysilić, żeby otworzyło się i zasypało pudrem wszystko i wszędzie. Jedyny sposób, który nas uratuje, to zafundować pudrowi jakieś ubranko.

Zostało mi jeszcze kilka kosmetykowych pyszności La Luxe do poplotkowania o nich.  Mam je jeszcze nie całkiem przetestowane, ale nawet  gdyby było inaczej i tak co za dużo to nie zdrowo, zasnęłybyście mi tu ja susły, więc pewnie zajmę się nimi w jakiejś nieodległej przyszłości.

Wpadło Wam coś w oko? 

P.S.
tutaj dalsza część recenzji

Pozdrawiam

Margaretka


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Miracle Gel, Sally Hansen, żelowe pastele bez lampy UV



Wreszcie na moich paznokciach dorobiłam się żelowego lakieru.  

Dotąd wierna byłam lakierom drogeryjnym, klasycznym, tym, które nakładać można w domu, bo jako typowa Zosia Samosia manicure robię zawsze samodzielnie. 
Nie jestem lakieromaniaczką, nie zmieniam kolorów co dzień, dwa. Dla mnie ważny jest kolor, na który mam właśnie chcicę i maksymalnie dobra trwałość tego lakieru.

Trzy, cztery dni lakieru na pazurkach to minimum, żebym do danej buteleczki powracała, pięć, sześć z top coatem może być, ale powyżej tygodnia? Nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby mając nawet drogi lakier, tak długo miała manicure w nienagannym stanie.

Przed świętami dowiedziałam się, że znalazłam się w grupie dziewczyn, które jako "ekspertki" Sally Hansen będą miały okazję, i jak się potem okazało, dużą przyjemność bliższego poznania się z innowacyjnym sposobem na żelowy manicure.


Producent obiecuje, że bez żadnej lampy, tylko dzięki tej czarnej buteleczce z utwardzaczem, pięknie błyszczącym, intensywnym kolorem będziemy cieszyć się nawet 14 dni.
Nie powiem Wam, czy aż tyle wytrzymuje ten lakier. Paznokcie rosną mi na tyle szybko, że po tygodniu nie jestem w stanie przychylnym okiem patrzyć na moje odrosty. 
U mnie lakier był okrągły tydzień i do tego czasu faktycznie jego stan był bez najmniejszego zarzutu.



Kolejną cudną cechą takiego duetu jest szybkość schnięcia.
Większość moich manicurkowych zajęć własnych robię wieczorem i już nie raz zdarzało mi się rano odkryć wzorek z pościeli dzielnie utrwalony na którymś z paznokci. Niby szłam spać z wyschniętym lakierem, ale okazywało się, że to właśnie było tylko niby.
W przypadku Miracle Gel wysychanie i utwardzanie się lakieru i top coatu jest rzeczywiście spektakularne. Jestem pod wrażeniem!

Troszkę nie mogę przyzwyczaić się do sporej wielkości pędzelka w tych żelowych lakierach i do troszkę innej, bardziej takiej  "masnej" konsystencji żelu. Na razie mam problem z takim pomalowaniem płytki, żeby tu i ówdzie nie zahaczyć o brzegi skóry. Nie wiem, czy to mój brak precyzji czy co, ale na to jest jeden sposób. Rano mam małe skubanko suchego lakieru z krawędzi paznokcia, do przeżycia, jeśli w zamian mam spokój przez najbliższy tydzień.

Ważna sprawa - zmywanie:
bezproblemowe, zwykłym zmywaczem, błyskawiczne, bez maziania się czy brudzenia skóry i płytki.












Nowa linia Miracle Geli od Sally Hansen ma 12 pastelowych odcieni, podrzucam link tutaj, ja mam jeszcze straszną ochotę przynajmniej na dwa, trzy odcienie, a tego nudziaczka  na lato muszę mieć koniecznie :


  


Ciekawa jestem czy miałyście już tego typu lakiery? Jak je oceniacie?

Pozdrawiam
Margaretka

wtorek, 10 marca 2015

Nigdy nie mów nigdy, głupia




Ten lakier wpadł mi w ręce niedawno i w pierwszym momencie pomyślałam, że w życiu trzeba mieć pecha, żeby z wielkiej gamy kolorów przypadł człowiekowi właśnie ten.
Ostatnio na co dzień na moich dłoniach goszczą kolory stonowane, zgaszone, ale konkretne. 
Ponieważ lubię skrajności, najczęściej u mnie bielą się różne pobielone jasne jasności i na zmianę ciemne szarości, grafity, zszarzałe granaty i czernie.
Nawet wrzos z lawendą, bywa że się zafioleci, ale żeby kobalt?

Jeśli miałabym wybrać dwa najbardziej nielubiane przeze mnie kolory to byłoby to bordo ( taka ciemna wiśnia, która wpadła w zagon buraczków) i właśnie ten ponoć królewski błękit - kobalt.

Nie ma opcji, dla mnie niby ciemny, niby żywy, ale jakiś taki nachalny jest ten odcień niebieskiego.
Kojarzy mi się z uroczymi płaszczykami i sukienusiami Królowej Elżbiety i kostiumikami pewnej pani premier pewnego europejskiego kraju, a jeszcze bardziej z zawartością garderoby szołbiznesowych dam w wieku gdzie botox i skalpel orze jak może, a i tak już nie może, które co rusz biegają na lancze i party w bardzo filmowym i gorącym Hollywoodzie.

Nie mam ciucha w tym kolorze, ba, nie mam nawet dodatku. Mam lakier i wiecie co? Patrzyłam na niego, patrzyłam, z myślami się trochę pobiłam, pomyślałam, raz kozie śmierć i.... machnęłam całe dziesięć płytek co na końcu palców na lakier jakiś czekały.


Sam lakier jest całkiem fajny, bardzo wygodny (dla kogoś, kto lubi, ja tak) szeroki pędzelek, lakier przyzwoicie szybko schnie.
Ponieważ jako podkład na płytkę paznokcia nakładam odżywkę - utwardzacz (również jako wykończenie, wierzchnią warstwę), nie potrafię powiedzieć, czy barwi paznokcie, ja w każdym razie po zmyciu zmywaczem mam paznokcie czyste, bez przebarwień.
Z utwardzaczem lakier wytrzymuje okrągły tydzień, a wierzcie mi, nie leżę sobie i nie pachnę, tylko dzielnie, w pocie czoła, macham rękami przy tym i owym.


Durny człowiek i uparty jak ten osioł. 
Gdyby nie lakier do testów, w życiu bym tych całkiem ładnych pazurków nie miała. Lakierów i kolorów ci u mnie dostatek, a ja już któryś raz sięgam teraz po ten niby nielubiany kobalt od Eveline.


Nawet o dodatkach zaczęłam myśleć, bo na ciucha to jednak, bez przesady, chyba nie postawię.

To znaczy czym się bardziej przyglądam, tym bardziej ta moja niechęć do kobaltów ulatuje, może jednak?
Popatrzcie, co myślicie?


REBECCA TAYLOR     Balmain    lato 2015

Torby i torebki? No nie wiem czy bym się zdecydowała.




Baleriny uwielbiam, co roku zdzieram par co nieco, bo biega się na co dzień w nich najlepiej pod słońcem. Pewnie jak siebie znam, jeśli będę kupowała to i tak ręka sięgnie mi po jakąś zdechłą mysz (mówię o kolorze), ale namiary zaczynam mieć na może ten:






Te sznurowane, moje klimaty, już je widzę na stópkach, do długich spodni, ale zobaczcie, wybrałam te buty, bo tu kobalt jakoś tak złagodniał, wyszlachetniał, choć może nie, wręcz przeciwnie, przykurzył się i wypłowiał raczej. Ale i tak jest cudnie.

Tyle o kolorze, o którym mówi się, że ma być jednym z hitów nadchodzącego sezonu wiosna-lato. Tylko, że jedno mówią i piszą kreatorzy, a drugie robi ulica czyli my. Ciekawe jak będzie.

Pozdrawiam
Margaretka